Nabokov, Tolkien, Rowling. Wielcy autorzy, którym pokazano drzwi

Opublikowano Luty 5, 2015 | przez lucky bastard

J.K. Rowling

Książki. Ta, która ci się podoba, jest znienawidzona przez krytyków? Tą, której nie cierpisz, uwielbiają twoi znajomi? Historia stara jak świat, a rozwiązania nie ma. Patentu na rozstrzygnięcie o wartości danego dzieła nie ma nikt. Krytycy chcieliby zawłaszczyć sobie to prawo, ale na przestrzeni lat wyśmiewali i odrzucali zbyt wiele dzieł, które dzisiaj zna każdy, by traktować ich wyroki tak strasznie poważnie. Nie wierzycie?


Weźmy więc pod lupę „Władcę pierścieni”. Trylogia sprzedała się w setkach milionów kopii, a co istotniejsze, położyła podwaliny pod cały gatunek literacki. Początki miała jednak trudne. Krytycy ją rozjeżdżali, fatalne recenzje wystawił choćby wpływowy „New York Times”. Koledzy po fachu uważali Tolkiena za nie mającego o pisaniu pojęcia amatora (na przykład Isaac Asimov), a nawet najbliżsi przyjaciele nie mieli przekonania, czy chłop wie co robi. I co? I wszyscy byli w błędzie. O krytykach nie pamięta dziś nikt, o Frodo i Gandalfie będą czytać i za sto lat.

Harry Potter to kolejny słynny przykład. J.K. Rowling musiała chodzić po wydawnictwach jak natrętna akwizytorka, aż w dwunastu miejscach wyproszono ją, bo nikt nie miał ochoty na publikację „Kamienia filozoficznego”. Brytyjce zwracano uwagę, że już początek jej książki dyskwalifikuje ją jako powieść dla dzieci, ponieważ jest zbyt brutalny. I tak oto kilkunastu szefów pożegnało się z górami pieniędzy, a Potter stał się międzynarodowym fenomenem.

Idźmy dalej, weźmy za przykład „Zmierzch”. Tak, wiemy: pewnie i wśród was znajdzie się wielu, którzy powiedzą, że to parująca kupa i lepiej, żeby nigdy nie ujrzała światła dziennego. Ale prawda jest taka, że to kura znosząca złote jajka, produkt wart setki milionów dolarów. Czternaście wydawnictw pokazało Stephenie Meyer drzwi, ich właściciele nie wierzyli bowiem, że ktokolwiek będzie chciał to czytać. Czternastu fachowców – ludzi, którzy na książkach pozjadali zęby – i wszyscy przeoczyli historię, którą do poduchy będą czytać miliony!

No dobrze, powiecie: to jednak książki dla czytelnika masowego. Popularne. Może właśnie problemem jest to, że w wydawnictwach siedzą zbyt wielcy książkowi fanatycy i na prozę, która może zainteresować przeciętnego zjadacza chleba, są słabo wyczuleni? Ale jednak przykłady wybitnych dzieł, powszechnie uznanych za wielkie literackie osiągnięcia, a na początku traktowanych jak śmiecie, też znajdziemy, i to liczne. „Lolitę” Vladimira Nabokowa nazywano druzgocąco mdłą. Kultowy „Paragraf 22” miał reprezentować zerowy poziom intelektualny. „Władca much” lądował w koszu jako zbyt wstrząsający, a zarazem infantylny – a przecież to właśnie w mieszance tych dwóch cech tkwi cała moc owej powieści.

Odrzucano maszynopisy „Folwarku zwierzęcego”, „Zabić drozda”, „Buszującego w zbożu”.  „Moby Dick”, w Stanach Zjednoczonych absolutny klasyk, jedna z największych i najważniejszych książek, został uznany literacką katastrofą. Atakowano nawet bezpośrednio Hermana Melville’a, krytycy prosili, by na zawsze porzucił pisanie. A dziś? Wnukowie tamtejszych recenzentów odwołują się do autora „Moby Dicka” jako do jednego z najwybitniejszych.

Rynek książek jest diabelnie trudny. Możesz czekać całe dekady na docenienie, bowiem muszą nadejść odpowiednie czasy („Władca Pierścieni” spopularyzował się w USA dopiero w latach 60-tych). Dziesięciu fachowców może pokazać ci drzwi, co nie znaczy wcale, że nie potrafisz pisać. Tak naprawdę nigdy, absolutnie nigdy, nie można być pewnym czy coś chwyci. Wczorajsza szmira zarobi miliony, wczorajsza szmira zgarnie nagrodę Bookera.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑