Nadeszła jesień, obrzydliwa jesień, więc jeśli odkładałeś coś w czasie – przegrałeś rok

Opublikowano Wrzesień 12, 2013 | przez Limonow

sad-autumn

Wcześniej o tym nie myślałem, ale dzisiaj mnie tknęło z jasnych powodów: pada, grzmi, wiatr świszczy, nie da się wyściubić nosa na zewnątrz. Otóż nadeszła pora, kiedy amatorzy chlania w plenerze udają się do piwnicy, biegacze na elektryczną bieżnie do siłowni, a damskie cycki zostają odziane płaszczami.

Niby wszystko się jakoś toczy, ale doszedłem do wniosku, że najlepsze już za mną – to, co fajne, właśnie minęło, brakuje jeszcze tej obrzydliwej zmiany czasu i roku akademickiego. Rok idzie spisać na starty, pora na bilans plusów i minusów.

Okno transferowe zamknięte, podobnie trampki w szafie. Czuję się właśnie ograbiony z beztroski i chociaż do października zostały jeszcze prawie trzy tygodnie – już jest pozamiatane. W tym roku nie ma prawa nic dobrego się zdarzyć. Brzydną parki, wkrótce zasyfione liśćmi, a przejście po trawie przypomina brodzenie w bagnie. Nie będzie ani jednego detalu, który poza chłodnymi murami orzeźwi mnie choć na chwilę.

NIENAWIDZĘ TEJ PORY ROKU, naprawdę.

Chciałbym do 2014 roku znaleźć się w bańce mydlanej, przespać to jak niedźwiedź. Jedni się cieszą, bo przejdzie im uczulenie na mlecze i inne gówniane roślinki, a ja ze swoją słabą odpornością wkrótce pójdę po wypis pierwszej tej jesieni recepty na leki. Boże, znam to za dobrze.

Przeanalizowałem swoją nieudolną gonitwę przez życie i zauważyłem, że wiązanie końca z końcem na jesieni udaje się tylko wyjątkowym twardzielom. Nie jestem Michaelem Jordanem, nie powtarzam sobie usilnie motta, że „jestem najlepszy, bo tyle razy mi nie wychodziło”. Idzie dostać białej gorączki, bo w najbliższych miesiącach można tylko dostawać po głowie.

Nie pójdę na rower, który odwlekałem przez pół roku, nie pójdę w końcu zagrać w piłkę, bo nie dowiozłem sobie przez kwartał butów z rodzinnych rejonów, a na nowe szkoda mi było kasy.

Rany Chrystusa – jak mogłem to tak spieprzyć? Czy właśnie zmarnowałem rok? Pomyślmy… Nie, nie rajcują mnie łyżwy, nie będę odliczał do zimy. Okresu, kiedy było jeszcze gorzej – zapalenie płuc, szpitalne wyro, przerwany związek, obowiązki.

Nic już nie smakuje tak samo. To jak wyrok – Warszawa też już nie oszałamia, bo niby czym? Taaa… można pójść nad Wisłę, ale teraz już tylko po to, żeby wywiesić białą flagę i do niej wskoczyć. Można podjechać na Pole Mokotowskie, ale jedyną pożyteczną czynnością byłoby tam sprzątniecie psich odchodów.

Ech, ból istnienia wraca. Nie dziwie się, że w jeszcze smutniejszej Skandynawii ta pora roku przynosi samobójcze skakanie z fiordów lub zaciskanie więzła wokół szyi. Postaram się nie iść ich śladami, tylko zamelinować się gdzieś i przetrwać ten kosmiczny, kilkumiesięczny ból dupy.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑