Nadmorska dyskoteka, czyli wariat pod statkiem i brzuchaci żołnierze rules

Opublikowano Sierpień 24, 2013 | przez Dżordż

 disco

Przebywał pod statkiem-dyskoteką w porcie już drugą godzinę. Ciągle się ruszał. Niezgrabnie. Komicznie. Wyglądało to, jakby stał za nim ktoś niewidzialny z paralizatorem w ręku i co rusz używał go na ciele naszego bohatera, który nieustannie pozdrawiał uczestników imprezy.

Dwadzieścia metrów za nim ciągnął się wzdłuż plaży stary, odrapany murek. Zajmowały go podpite dzieciaki, które miały ubaw z najlepszego tancerza w Ustce. Wszędzie było pełno dymu.

Wizyta w nadmorskiej dyskotece to naprawdę surrealistyczne doznanie, ale o tym za chwilę. Zanim do niej wszedłem, podziwiałem ze znajomymi z wysokości murku wspomnianego szaleńca. Jego ruchy były do tego stopnia niezwykłe, że dwa razy zaplułem ze śmiechu ulubioną koszulę. Właśnie – koszula. Mieszczuch nie pasuje do nadmorskiej imprezowni, gdyż ubiera się na nią zbyt elegancko. Zamiast dresów – dopasowane, jeansowe spodnie. Zamiast bluzy Nike’a, wspomniana koszula. Zamiast sportowych butów, mokasyny. Wychodzisz z hotelu przekonany, że wyglądasz spoko, a już po dwudziestu minutach na imprezie czujesz się jak kosmita – to ty odstajesz od reszty, a nie na odwrót.

Na parkiecie dzieją się rzeczy epickie. Kilkunastoletnie foki, obowiązkowo w białych butach i makijażu jakiego nie miewa nawet Lady Gaga, robią maślane oczy do dresiarzy. Zdrowo podchmieleni, wygoleni na zero kolesie udają, że im nie zależy. Głośno rozmawiają, śmieją się, zlewają nasze dziewczyny. Później wyjdą z nimi w stronę ciemnej plaży, ale na razie grają niedostępnych.

Za nimi tańczy grupka… węgierskich żołnierzy. Za dnia widziałem ich w mieście, prezentują się fatalnie. Brzuchy jak u 50-letnich piwoszy, pomięte mundury, jakby zajebali je z pomocy dla powodzian. No na pewno nie są to komandosi. Może jakaś rezerwa? Pojęcia nie mam, generalnie ruszają się po parkiecie jeszcze gorzej niż wyglądają.

Na dancefloorze, a jakżeby inaczej, jest też gwiazda imprezy. Blondynka, naprawdę ładna i… dostępna. Obtańcowuje  paru kolesi, w końcu podchodzi do mnie.

– Mogę pożyczyć okularki?

– Ni chuja, tydzień temu kupiłem nowe oprawki za tysiaka, nie chcę, żebyś mi je rozwaliła.

Prycha, odchodzi w kierunku gościa wyglądającego na brata-bliźniaka Marcina Gortata. Jak się okazuje, to nie koniec moich damsko-męskich wrażeń na ten wieczór. Niestety – nie szukałem towarzystwa pań, ponieważ nastawiłem się na zabawę w gronie znajomych, a nie na podryw. No ale nic to, podchodzą jakieś dwie młódki, na oko 20-latki. Zielonogórzanki. Szpanuję znajomością żużla, mówię, że lubię Falubaz, choć tak naprawdę w życiu nie widziałem żadnego meczu tej drużyny. Podlotki chichoczą. Zaczynają się głupie pytania w stylu: ile masz lat?

– A na ile wyglądam? – odpowiadam.

– Dwadzieścia.

Słyszę te słowa i uśmiecham się szeroko. Każdy trzydziestoletni starzec lubi tego typu komplementy. Zdradzam im prawdę, dziewczęcia są w lekkim szoku. Ja wpadam w większy, gdy dowiaduję się, że mają – uwaga, uwaga – 16 lat! Kłaniam się w pas i wracam do przyjaciół, są granice szaleństwa, flirtowanie z licealistkami to dla faceta w moim wieku jest ich przekroczenie.

Na parkiecie dym. Nie widać nic i nikogo. Czuję się jakbym wjechał z jakąś ekipą komandosów na teren mafii, którą chcielibyśmy zdezorientować wytwarzając sztuczną mgłę. Chwilę później, gdy trochę się rozpostarło, tańczy obok jakiś kloc, wyglądający na przestępcę właśnie, który mierzy mnie pijackim wzrokiem i obdarza mało uroczym: spierdalaj. Wytrzymuję jego spojrzenie i pytam o co mu chodzi. Mam nadzieję, że o nic, ręka tego pakera waży więcej niż ja, więc gdyby mnie jebnął, nie będzie co zbierać.

– Świrki stary, bawmy się, jest dobrze! – rozładowuje napięcie mój nowy koleżka. Próbuję to robić, ale jest ciężko. Po pierwsze, festiwal disco-polo zaczyna gwałcić moje uszy. Nie jest jednak tak bardzo wkurzający, jak DJ, silący się na błyskotliwość co minutę:

– Katowice pozdrawiają Poznań, proszę jak pięknie, Śląsk kocha Wielkopolskę!

Takie sraty-pierdaty wydobywają się z ust tego kolesia co minutę. Rzuciłbym w niego butelką w nadziei, że spadnie z pokładu i utonie, ale niestety nie jestem w stanie zlokalizować naszego wodzireja. Prawdopodobnie ktoś już wpadł na podobny pomysł, dlatego teraz trzymają go w odosobnieniu.

– Mnie też będą jak spędzę w tej imprezowni jeszcze z godzinę – tego typu myśli chodzą po głowie. I kiedy już zawijamy do hotelu, robi się ciekawie. Wspomniana gwiazda-blondynka wskakuje wraz z jakąś równie atrakcyjną kumpelą na ławkę i zaczyna tańczyć, a  DJ wreszcie mówi do rzeczy:

– Znacie zasady, drogie panie. Jeśli biegacie po naszych meblach, musicie się rozbierać!

Paniom nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Nie zważają na chłodną bryzę znad morza i ściągają czym prędzej bluzki zostając w samych stanikach. Wodzirej wypowiada w tym momencie zdanie, przez które mam ochotę go serdecznie wyściskać:

– Teraz wyskakujcie ze spodni.

Niestety, nie starcza odwagi, dziewczyny tylko delikatnie rozpinają swoje jeansy, prezentując fragmenty całkiem niebanalnych pośladków i całkiem zwyczajnych stringów.

Peep-show dobiegł końca zanim tak naprawdę się zaczął, czas się zmywać. Schodzę z pokładu, zerkam w stronę wariata spod statku i przeżywam szok. Wokół niego wiją się trzy naprawdę ładne panny, krzyczące z entuzjazmem, że są zagorzałymi fankami. Następnie dziewczyny… błagają naszego bohatera o fotkę, a jedna pędem, nie zważając na swoje oszpilkowanie, pędzi do baru, żeby zakupić mu drinka.

Za rok wracam do Ustki, pod statek, liczę, że albo tancerz pozwoli mi szurać po porcie nogami razem z nim, albo do tego czasu wyhaczy go na stałe jakaś niezła laska, a tym samym będę mógł wskoczyć w jego buty.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑