Najbardziej wypaczone zjawisko muzyczne 2013/14 – parodia

Opublikowano Styczeń 10, 2014 | przez Gofrey

MONOPOL-3568

To było do przewidzenia. Usłyszeliśmy właśnie, że Natasza Urbańska, jak swego czasu Zdzisław Kręcina, prowadziła pewien rodzaj misternej gry, który polegał na stworzeniu dzieła absolutnie żenującego w szczytnym i zbożnym celu wyśmiania bylejakości dzisiejszego rynku muzycznego.

To takie proste – licz na zyski, sławę i wywiady, ale jeśli okaże się, że spieprzyłeś robotę – banan na usta, głowa wysoko, garda w górę i nazwij to parodią! Kiedyś uwielbiałem parodie. Hot Shots, Naga broń i cała reszta tego dość niskiego, ale jednak sympatycznego humoru. Nawet Kryszak, który w „normalnych” warunkach nie potrafi mnie rozbawić, gdy zabrał się za parodiowanie Grzegorza Laty wywołał u całej rodziny salwy śmiechu. Dziś na dźwięk słowa „parodia” zapala się u mnie pomarańczowa lampka. Coś tu nie gra.

Zaczął naturalnie Jędker, wcześniej znany z WWO, później już tylko z Zodiaków, Melanżów, Monopolów i innego tego typu łajna. Jego tłumaczenia, próby odparcia zarzutów o nagrywanie komercyjnego „lalala” wyłącznie dla finansowych korzyści, były tak ohydne i w oczywisty sposób bzdurne, że facet momentalnie poza tysiącami prawilnych fanów jego ulicznego rapu stracił również szacunek ludzi wyczulonych na fałsz i bezsensowne pierdolenie.

Okej, nagrano kawałek „W aucie”. Sokół od razu zaznaczył – to próba satyrycznego przywołania kolorowej kultury disco i ożywienia kultowej postaci Franka Kimono. Świetnie! Ci, którzy oburzali się na raperów biorących udział w nagraniu tego utworu to w większości ludzie, którzy nie dostrzegliby ironii nawet, gdyby wjechała czołgiem Abrams wprost na ich głuche na argumenty uszy. Mrugnięć okiem w tym kawałku było więcej niż kolonistów w Ustce, a ten największy – zaproszenie do kawałka Piotra Fronczewskiego – właściwie przesądzało sprawę.

Wtedy tłumaczenie Sokoła i Jędkera, że to tylko pastisz, powrót do przeszłości, ukłon w stronę ojców tracących kolejne monety na fliperach było właściwie niepotrzebne – świadomi słuchacze sami doskonale czuli lejącą się wartkim strumieniem ironię. Potem jednak Jędker zaczął brnąć w to dalej. „Na melanżu”, „Mega luzik arbuzik” i inne dyskotekowe single, robione na jedno kopyto, cięte według jednego wzorca – według wzorca komercyjnego sukcesu utworu „W aucie”.

Jeden utwór satyryczny, może nawet dwa – okej, w porządku. Ale Jędker po prostu wyczuł, że to sprzedaje się nie jako parodystyczne ujęcie dyskotekowego klimatu, ale w oderwaniu od założeń, ot, jako skoczny kawałek. I zaczął robić na tym pieniądze, czego zresztą nigdy nie będziemy ganić. I wszystko byłoby świetnie, gdyby Jędker oświadczył całemu światu – „cześć, dość niespodziewanie nasz żart z Sokołem sprzedał się w ogromnym nakładzie, więc postanowiłem nagrać ze dwadzieścia pięć podobnych i zrobić na nich obrzydliwie grube pieniądze”. Ukłonilibyśmy się do samej ziemi! Zamiast tego Jędker zapoczątkował nowy trend. Zrobiłem naprawdę poważne gówno, ale nieźle się sprzedaje. By pozostać w zgodzie z sumieniem, określę to mianem parodii.

W jego ślady ruszył Donatan, który wysmażył naprawdę fajny album: „Równonoc”. Był słowiański klimat, był naprawdę mocarny klip „Z dziada, pradziada”, były stroje rycerzy i te wciśnięte do każdego kawałka trąby, wywołujące ciarki na plecach. Słucham do dziś, dobra robota, cudowna atmosfera, błyskotliwe teksty. Nie lubiłem tylko jednego utworu, pech chciał, że tego najpopularniejszego. „Nie lubimy robić” z Luxurią ubijającą śmietanę zaczęło mnie bombardować ze wszystkich stron, od radia, przez telefony ziomeczków w autobusach po telewizję. Nie mówię, że to jakaś tragiczna kicha, po prostu mi nie podpasował, a sądzę że jego sukces oparł się przede wszystkim na trafieniu do słuchaczy kompletnie niezwiązanych z rapem.

Mija kilka miesięcy, Donatan puszcza nowy utwór z Cleo. Hm, czy to mogłaby być kontynuacja fenomenalnego „Z dziada, pradziada”? A może jakieś rozwinięcie głębokiego utworu Sokoła, „Sam ze sobą”? Nieee, Donatan kompletnie przypadkowo jebnął PARODIĘ kawałka, który nucił cały kraj. I tak „Nie lubimy robić” zostało w rozgłośniach zmienione przez „My słowianie”.

Donatan mógł naturalnie przełamać kanon wyznaczony przez Jędkera i zamiast słodkich bajek o „przypadkowo” nagranym numerze powiedzieć wprost: „grali nas wszędzie, więc zrobiliśmy drugą część, żeby jeszcze trochę pojeździć na słowiańskich rytmach i piersiach Luxurii”. Nie, Donatan znów wybrał drogę prawilniaka, który jeśli nagrywa coś po raz drugi wyłącznie z uwagi na wysoką sprzedawalność pierwowzoru, musi to nazwać parodią.

Natasza idzie dumnie śladami osób ze środowiska hip-hopowego, ale mamy wrażenie, że to jeszcze nie koniec. Wręcz przeciwnie, to początek twórców plagiatujących samych siebie w celu przeżycia jeszcze raz pięknego i intratnego tournee po stacjach radiowych. Naturalnie w imię parodii. W sumie… nie jesteśmy bez winy. Sami przecież, na łamach siostrzanego serwisu, najsłabszych piłkarzy nazywamy mianem… parodystów.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑