Najskuteczniejsza droga do bojkotu produktu. Przymus

Opublikowano Październik 27, 2014 | przez Gofrey

facebook-messenger-para-blackberry-08-700x525

Ostatnio pod jednym z kolejnych odkrywczych artykułów z tytułem „musisz zobaczyć” (jak celebrytka je jajko, czy coś podobnie głupiego) przyuważyłem genialny komentarz, powszechnie plusowany ze wszystkich stron. „Po pierwsze: ja nic nie muszę”. Jakie to proste i banalne, a jednocześnie jak doskonale oddające jedną z nielicznych cech naszego narodu, która wciąż łączy wszystkich Polaków, niezależnie od partii, ulubionego programu telewizyjnego i stosunku do idei zjednoczonej Europy. Choć w naszym dumnym społeczeństwie coraz mniej jest podobieństw, a coraz więcej różnic (gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie), ten jeden fundament naszego jestestwa pozostaje nienaruszony.

Bunt wobec jakiegokolwiek przymusu ma się tak dobrze, jak przez ponad tysiąc lat historii naszego państwa.

Nigdy nie czuję się tak „polsko” jak wówczas, gdy z niekłamaną lubością odmawiam instalacji „ogromnego ułatwienia” w postaci Facebook Messengera. To zresztą jest mój prywatny punkt odniesienia, gdy chcę komuś wytłumaczyć na czym polega to – nie wiem, chyba genetyczne – umiłowanie wolności. Otóż ten Messenger naprawdę by mi się przydał. Ba, byłem o krok od zainstalowania aplikacji na swoim telefonie, znajomi mówili, że to fajne ułatwienie. W pewnym momencie jednak Facebook najpierw zaczął mi przypominać o Messengerze przy każdym uruchomieniu. „Przenosimy tam Twoje wiadomości”. „Zainstaluj teraz, albo przypomnij później”. Już wtedy byłem dość mocno wkurzony nachalnym namawianiem do podjęcia decyzji, którą i tak w końcu bym podjął zgodnie z interesem samego fejsbunia.

Stan utrzymywał się kilka dni i w końcu FB umieścił w miejscu mojej skrzynki odbiorczej suchy komunikat – aby móc dalej odczytywać na telefonie swoje wiadomości z Facebooka, MUSISZ zainstalować Messengera.

Osz wy kurwy.

Nigdy. Od tej pory  nie odczytuję wiadomości z Facebooka na telefonie. Nawet śmieję się ze swojego zacietrzewienia i upartości, ale ta decyzja o bojkocie rozwiązania, do którego chciano mnie zmusić była dla mnie tak oczywista, jak oddychanie i mruganie. Co z tego, że jest mi potrzebny. Co z tego, że pewnie ma ułatwiać, co z tego, że jego brak uniemożliwił mi korzystanie z jednej z ważnych funkcji. Ja nic nie muszę!

Podobnie było z G+, gdzie założyłem konto na długo przed ich kapitalnym posunięciem łączenia swoich danych z YouTube’a z tym, co znane jako „odpowiedź Google na Facebooka”. Nie korzystałem z tego gówna za często, ale jednak, byłem jednym z – widziałem to po aktywności w tym portalu – nielicznych użytkowników nowej sieci społecznościowej. Ale odkąd kazali mi to połączyć z YouTubem – nie zajrzałem ani razu. Nie mogę oglądać na youtubce filmów z oznaczeniem +18, ale wiernie trwam w upartym postanowieniu, że się do tego cholerstwa nie zaloguję.

Podobnych przykładów można wymieniać bez liku, aktualizacje automatyczne, tysiąc niesłychanie przydatnych ułatwień i usprawnień, „absolutnie niezbędne” przedmioty. Abonament RTV, ubezpieczenia, setki reklam z teoretycznie zachęcającym słowem „musisz”. Jeśli miałbym wskazać, jaka jest najmniej efektowna technika reklamy, wskazałbym właśnie przymus. Przymus dokupienia dodatkowej części, albo przymus wykupienia dodatkowej usługi to hasła, które wywołują ciarki i skurcze.

Oczywiście, ja sam przesadzam, pewnie po prostu jestem nieco przygłupi, ale ta forma alergii na wszelki, na jakikolwiek przymus mocno w nas tkwi. U jednych – jak to alergia – wywołuje tylko delikatny psychiczny dyskomfort, że znów wciśnięto nam coś siłą, u innych – wysypkę, ból głowy i pianę na ustach.

Tak czy owak jednak, jeśli czytają nas działy marketingu – odradzamy politykę przymusu. W tych stronach się nie sprawdza.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑