Dzień z życia faceta. Witajcie w świecie mniejszych i większych błędów

Opublikowano Lipiec 26, 2013 | przez Dżordż

bledy

Facet to nie tylko świnia, o czym przed laty słusznie śpiewali panowie z Big Cyca, facet to także  pierdoła, która popełnia błąd za błędem. I pewnie dlatego połowa populacji, ta bez ptaszka, uważa – słusznie – że generalnie to jesteśmy beznadziejni.

Od początku tego lata uważnie obserwuję… siebie i dochodzę do wniosku, że straszny ze mnie burak, niestety. Opiszę wam to na przykładzie jednego z ostatnich dni.

Dramat zaczyna się rano, tuż po przebudzeniu. Ileż to razy, podczas kacowych poranków, stwierdzałem, że zapomniałem wczoraj kupić papieru toaletowego. Szok, skandal, niedowierzanie. A chwilę po tym walka z czasem, by zdążyć znaleźć coś do podtarcia tyłka zanim nastąpi grande finale. Przeważnie, na szczęście, udaje się wyłapać jakąś chusteczkę, a w najgorszym wypadku kartkę z miesięcznika, drukowanego na dobrym papierze, a tym samym przyjemnego dla dupy.

Po takim wstępie wypadałoby wziąć prysznic. Tylko jak, skoro poza papierem nie pamiętałem też o nabyciu żelu do mycia? Ostatecznie jakoś daję radę, kończy się na kąpieli w szamponie do włosów zmiksowanym z mydłem do rąk.

Spod ciepłego strumienia wody wychodzę zrelaksowany, ale i szczęśliwy, że mam jeszcze ostatni świeży ręcznik. Radość mija w sekundę, gdy okazuje się, że nie byłem tak zapobiegliwy jeśli chodzi o czystą bieliznę. Przywdziać wczorajsze gacie, założyć pod jeansy czyste spodenki do biegania zamienione na potrzebę chwili na bokserki, czy iść drogą holywoodzkich gwiazd i w ogóle zrezygnować z noszenia majtek? Oto jest pytanie!

Kiedy już znajduję na nie odpowiedź, tę najbardziej higieniczną i projądrową (czyli spodenki, chodzenie bez gaci może jednak doprowadzić do tego, że jaja obwisną człowiekowi tak bardzo, że będzie na nie siadał w siłowni), biorę się za prasowanie koszuli. Lubię tę czynność, uspokaja mnie, czasem aż za bardzo, w efekcie czego kilka fajnych ciuchów po prostu zniszczyłem robiąc w nich dziurę kilka razy większą od tej, którą Madonna nosi między zębami.

Jest OK, ruszam w miasto, na obiadek przed pracą. Spokój burzy siostra, która dzwoni i mówi, że zepsuł jej się kran.

– Wpadłbyś teraz naprawić?

– Nie mogę, mam właśnie zebranie.

Zebranie smakoszy, którzy jedzą lunch w knajpie niedaleko, ale tego już nie dodaję : )

Następnie przez cały pobyt w pracy siedzę z poważną miną przed komputerem, wyglądam jakbym właśnie łamał szyfr Enigmy. Tak naprawdę jednak piszę jakiś tekst na Wyszło, a poza tym przeglądem milion typowo męskich stron o niczym.

– Papierosik? – pyta koleżanka. Przekonała mnie. Palimy, rozmawiamy, raptem rzuca:

– Zakładaj świeże koszule przy tym upale, po kilku godzinach w takich warunkach wy, chłopcy, pocicie się jak świnie.

No jasne, że tak, w końcu facet właśnie nią jest. Szczególnie wtedy, gdy mył pachy szamponem, a nie przeznaczonym do tego żelem, a po wszystkim okazało się, że dezodorant jest na wyczerpaniu i w związku z tym człowiek użył go trzy razy mniej niż zazwyczaj, a że życie jest ironiczne, to oczywiście temperatura musiała właśnie tego dnia podskoczyć o 10 stopni w porównaniu do tego, co było wczoraj.

Zaraz fajrant, na wieczór mam umówione spotkanie z dawno niewidzianą przyjaciółką. Plany burzy sms od M., samicy, którą chciałbym wyhaczyć. „Drink?”. Oczywista oczywistość. Angelice piszę, że coś ważnego mi wypadło, w końcu perspektywa kopulacji jest ciekawsza od perspektywy konwersacji.

Spotkanie. Elegancka knajpa, dobry alkohol i ja, napinający się tak mocno, żeby wypaść dobrze, iż najpewniej eksploduję jeszcze przed drinkiem numer 3. Jestem empatyczny, ciepły, słodki, miły, wyrozumiały i zasłuchany w słowa mojej randki. Energicznie potakuję głową, wywracam ślepiami, generalnie jestem bardziej zaangażowany w spotkanie niż Janina Ochojska w misje humanitarne.

Niestety, tym razem nie będzie mi dane skosztować tej słodkiej ambrozji, znajoma należy do grona bardzo porządnych dziewczyn, trudno, co robić. Odprowadzam ją do taksówki, całuję rączki podtrzymując tym samym wrażenie, że dobry ze mnie człowiek, choć tak nie jest bo od początku chodzi mi o jedno, mianowicie to, co jest między jej udami. Następnie wracam niespiesznym krokiem do domu delektując się ciepłem letniego wieczoru.

Pierwsza w nocy, mieszkanie. Kładę się spać, w sumie zadowolony z postępu jakie wykonałem z M., nagle błysk, uderzenie, ból.

ZAPOMNIAŁEM KUPIĆ SRAJTAŚMY I ŻELU POD PRYSZNIC.

Dzień świstaka trwa.

***

Panowie, zanim wielu z was zacznie wpisywać tu albo na fejsie do bólu nudne i przewidywalne komentarze w stylu „i to jest portal dla ludzi, którym Wyszło??!!!”, odpowiedzcie sobie szczerze na jedno zajebiście proste pytanie: czy nigdy nie zdarzył wam się dzień podobny do tego, który opisałem powyżej? Jeśli nie, proszę bardzo, rozjedźcie mnie. A jeżeli tak, uśmiechnijcie się pod nosem, rzućcie sami do siebie tekst w stylu: ale jestem beznadziejny, po czym ruszcie w miasto na podryw, maskując swoje niedoskonałości i próbując wyrwać kolejną laskę. Bawcie się dobrze, w końcu mamy piątek, tygodnia koniec i początek.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑