Największy przypał Sikorskiego? Zdewastowany mit wielkiego polityka

Opublikowano Grudzień 9, 2014 | przez Gofrey

sikorski_nica355983_355987c

Tygodnik „Wprost” poszedł z falą sprawdzania wydatków rodzimych polityków i prześwietlił wydatki na „służbowe podróże prywatnym autem”. Naturalnie odkrycie, że posłowie przycinają kasę na czym tylko się da, nie jest szczególnie przełomowe – większości z nich nie dalibyśmy do potrzymania kubka z herbatą, w obawie, że z powrotem dostaniemy pustą tekturę z McDonalds’a. Tym razem sprawa jest jednak nieco inna – dotyczy bowiem samego Radosława Sikorskiego, formalnie osoby numer dwa w państwie, a wcześniej faceta kreującego się na rozgrywającego w tej części świata.

Afera jest prosta – Sikorski pobrał blisko osiemdziesiąt tysięcy złotych na podróże prywatnym autem, w okresie, w którym przysługiwała mu ochrona BOR i związana z tym możliwość jazdy rządową limuzyną wraz z szoferem. Tak, to ten sam okres, gdy BOR-owcy przywozili mu pizzę do domu. Nie dziwimy się dziennikarzom, iż są nieco skonfundowani faktem, że minister zapierniczał w tym okresie prywatnym samochodem, dodatkowo każdorazowo rozliczając się ze zużytej na trasie benzyny. Nas jednak w całej sytuacji uderza coś innego.

Umówmy się – osiemdziesiąt, czy nawet bez kozery sto tysięcy złotych nie powinno robić szczególnego wrażenia, jeśli przypomnimy sobie rachunek za słynną kolację „U Sowy”. To facet, który należał do najbliższego otoczenia premiera, dodatkowo w okresie wyjątkowo napiętych sytuacji brał udział w najważniejszych decyzjach i deklaracjach politycznych. Chciał uchodzić za wyrocznię dla całej Europy Środkowej, za człowieka, który w pojedynkę kreuje politykę naszego regionu, narzuca swoją opinię, tworzy i wprowadza rozwiązania, dyktuje trendy i moderuje dyskusję.

Z jego każdego wywiadu, z każdej wypowiedzi, każdego uśmiechu przebijała się pewność siebie, niezachwiana wiara w swoją własną siłę i potęgę. Ten cały blichtr, tysiące obserwujących na Twitterze, pełne buty wypowiedzi choćby na Ukrainie podczas największego kryzysu związanego z negocjacjami wokół Euromajdanu – Sikorski chciał uchodzić za – jakby to ujął Mario Puzo – pezzonovante, kaliber .90. „Gruba ryba”, wpływowy facet z jajami i ogromnymi możliwościami. Nie mamy wątpliwości – wpatrując się godzinami w lustro widział potężnego polityka, który bezbłędnie porusza się po świecie dyplomatycznych labiryntów i setek intryg.

Przekonaniem o własnej potędze chciał zarażać innych. Ba, niektórych pewnie udało mu się zarazić, jak wówczas, gdy przyklaskiwano jego słowom do przywódców Euromajdanu – „wszyscy będziecie martwi”.

Te osiemdziesiąt tysięcy złotych przycięte na delegacjach nie jest kompromitacją. Pewnie niektórzy przycięli mocniej, z większym rozmachem. Kompromitacją jest fakt, że człowiek kreujący się na najbardziej wpływowego polityka w tej części świata schyla się po takie drobniaki, jak zwroty za benzynę. Kompromitacją jest pęknięcie mydlanej bańki wielkiego dżentelmena i wizjonera, którego charyzma i osobowość stanowią śmiercionośną broń.

Kompromitacją jest zestawienie obrazu wielkiego polityka Sikorskiego i drobnego cwaniaczka, który musi brać jałmużnę od państwa, by zatankować swoją furę. Albo co gorsza – który chce wziąć tę jałmużnę do kieszeni – czy tak było, dowiemy się, gdy ktoś przyciśnie go o spis tych „służbowych podróży prywatnym autem”.

Wizjoner i dyplomata z pierwszej ligi, który wyjmuje monety z fontanny. Bez kitu, oczyma wyobraźni widzimy Billa Gatesa, który wypłacając pensję pracownikom prosi ich o możliwość zatrzymania końcówki. Albo Cristiano Ronaldo, który porównuje ceny odżywek do włosów w dyskoncie.

Gdyby Sikorski był szaraczkiem, moglibyśmy go sądzić o to, czy faktycznie zawinął te kilkadziesiąt tysięcy złotych – i okej, może nawet by się z tego wygramolił, wyjaśniając że intensywnie kursował między swoim okręgiem wyborczym i centralą w Warszawie. Sikorski jednak kreował się na kogoś ponad lokalne biznesiki i układy. Kreował się na męża stanu, na polityka wielkiego formatu…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑