NBA znów pokazuje swoją najpiękniejszą twarz

Opublikowano Maj 31, 2015 | przez Gofrey

clegsw-150226-01

Ostatni raz w wielkich finałach NBA Golden State Warriors wystąpili w… 1975 roku. Ekipie przewodził Rick Barry, który od tamtego czasu zdążył zakończyć karierę, odchować synów, zobaczyć jak jeden z nich sam zdobywa mistrzowski pierścień, następnie kończy karierę i… przygotowuje swojego syna (a Rickowego wnuka) do rozpoczęcia poważnej kariery w koszykówce. Uff. Tak, żadną przesadą nie jest na pewno stwierdzenie, że ostatni finał dla Oakland to wspomnienie nie ojców, ale dziadków dzisiejszych zawodników i kibiców. Cleveland? Ha, oni z kolei są w finale dopiero po raz drugi w historii, po raz drugi zresztą doprowadza ich w to miejsce pracujący mocno na swoją legendę LeBron James.

Po latach gonienia się w kółko San Antonio Spurs, Los Angeles Lakers oraz Miami Heat z genialnym tercetem Bosh-James-Wade, po latach odgrzewania kotletów – czysta świeżość. Zazwyczaj w niedzielę staramy się was zaskoczyć – a to opisujemy mistrzostwa świata w przeciąganiu liny, a to debatujemy nad wyższością kitesurfingu nad windsurfingiem. Czy jest jednak sens silić się na oryginalność, skoro najlepszy scenariusz napisał sport tak mainstreamowy, jak amerykańska koszykówka?

Okej, to nie jest tak, że nagle mamy finał AS Monaco – FC Porto, jak swego czasu w europejskiej piłce nożnej. Zarówno sukces Golden State Warriors, jak i znakomity wynik Cleveland Cavaliers to konsekwencje przemyślanej polityki, długofalowego wykorzystania „salary cap”, świetnych wyborów w drafcie i ogółem rozsądnego działania całych klubów, przypieczętowanego fantastyczną grą zawodników na parkiecie. Cleveland ściągnęło z powrotem Króla i wywróciło do góry nogami resztę rotacji (na palcach jednej ręki da się zliczyć tych, którzy przetrwali rewolucję). Ich rywale z kolei wychowali sobie Stephena Curry’ego i Klaya Thompsona, którym dokooptowali w drafcie w 2012 roku Draymonda Greena. W tym roku więc aż trzech „wychowanków” zaliczyło w sezonie zasadniczym przeszło 75 gier, zajmując zresztą w „regular season” pierwsze trzy miejsca w kategorii najlepiej rzucających zawodników GSW.

 

W lidze rządzącej się prawami limitów wypłat, Golden State Warriors bazuje na swoich wyborach z draftu, co wychodzi im naprawdę fantastycznie. W pierwszych trzech spotkaniach finału konferencji Curry rzucił kolejno 33, 34 i wreszcie 40 punktów. Thompson idealnie sprawdza się w roli giermka, który dorzuca niemal drugie tyle co lider, przejmując główną rolę w chwilach słabości Curry’ego. Nad wszystkim czuwa zaś… Steve Kerr. Ten Steve Kerr. Tak, ten którego pamiętacie z programów „hej, hej, NBA”, ten, który miał zaszczyt wspomagać swoimi trójkami samego Michaela Jordana. Co ciekawe – to jego pierwszy rok w roli trenera. I od razu 67 zwycięstw w sezonie zasadniczym plus przejście burzą przez play-offy!

Po drugiej stronie – Cleveland. Zasadniczo dla wielu laików ta drużyna to King James plus banda pomocników, ale… protestowalibyśmy przeciw takiemu uproszczeniu. Jasne, to LeBron jest gościem, który w trzecim spotkaniu finałów konferencji zalicza sobie od niechcenia triple-double z 37 punktami, 18 zbiórkami i 13 asystami, ale i Kyrie Irving, i Kevin Love dorzucili do triumfalnego marszu przez ten sezon całkiem spore cegiełki. By wspomnieć choćby osiągi z sezonu zasadniczego: średnią liczbę punktów na poziomie 21.7 u Irvinga, czy 9.7 zbiórki na mecz u Love’a. Dokładając do tego ściągniętego w styczniu Mozgowa, czy „odchowanego” w Cleveland Tristana Thompsona wybranego w drafcie 2011 roku – mamy obraz logicznie budowanego zespołu z doskonałym i mocno pracującym na lidera zapleczem. Aha, prowadzonym przez… kolejnego debiutanta w NBA, Davida Blatta, który przez całe życie prowadził zespoły z „naszej” strony świata, czyli m.in. z Rosji, Grecji czy Izraela.

 

Trenerzy-debiutanci. Potężne starcie „Splash Brothers”, czyli duetu Thompson-Curry, z samym LBJ. Rywalizacja pierwszej i drugiej drużyny sezonu zasadniczego. Rywalizacja dwóch zespołów, które play-offy zjadły i wypluły bez większych wysiłków. Starcie najzręczniejszego działu transferów, który potrafił przetrzepać skład na ten sezon w niesamowity sposób z klubem niemal nieomylnym w draftach, którego trzy kluczowe ogniwa jeszcze nigdy nie zagrały w NBA w barwach innych niż żółć i błękit „Wojowników”.

Zapowiada się przepyszne, świeże danie. Nawet LeBron – to jego piąta seria finałowa z rzędu! – odświeżony, z nową gwardią przyboczną. Nie możemy się doczekać. Czas zacząć kolejną serię finałową NBA, czas zacząć serię starć Golden State Warriors z Cleveland Cavaliers. Czas znów zachwycić się sportem przeżartym i przesyconym kasą, marketingiem i pływającymi po ekranie we wszystkie strony reklamami. Game one? Czwarty czerwca. Nie może was przy tym zabraknąć.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑