„Newsweek” uważa, że Polakom nie chce się bzykać kobiet. Co za brednie!

Opublikowano Wrzesień 2, 2014 | przez ZP

Couple-in-bed

Głupawy tekst w Newsweeku to rzecz, która nie powinna człowieka dziwić. Jak dla mnie w ostatnim czasie ten tygodnik pisał brednie częściej niż Piotr Rubik i Michał Wiśniewski zmieniają fryzury. A jednak, w numerze z 1.9 ukazał się artykuł, który – mimo kiepskiej passy gazety – i tak mnie zaskoczył. Chodzi mianowicie o potworka pt. „Jak praca zabija seks”.


Nie chce mi się przytaczać cytatów, przedstawię wam tylko ogólną tezę jaką stawiają dwie autorki – Anna Szulc i Ewelina Lis. Mianowicie: im więcej Polak pracuje, tym mniej chce mu się chędożyć. Szybkie walonko przed laptopem, z którego dochodzą odgłosy ostrego porno – owszem, wchodzi w grę, ale już jebanie żony lub dziewczyny – nie. No i w związku z tym biedne panie, by jakoś przetrwać, muszą się zaspokajać wibratorami oraz przydrożnym seksem z poznanym na stacji benzynowej samcem.

Oczywiście te rewelacje są poparte statystykami, którym – jak wiadomo – należy bezgranicznie ufać. Nie brakuję również wypowiedzi mądrych głów w stylu prof. Zbigniewa Izdebskiego, który de facto zawsze wyglądał mi na kolesia opowiadającego o seksie głównie dlatego, że go nie uprawia. Ci wszyscy jebacy-teoretycy zasadniczo zgadzają się z paniami S&L i alarmują, że Polak w łóżku lubi głównie spać.

Jako przedstawiciel naszego narodu poczułem się tym tekstem spoliczkowany, dlatego muszę w tym miejscu odpisać Annie i Ewelinie: dziewczyny, być może macie pecha. Być może waszym facetom nie chce się już uprawiać miłości, być może mężczyźni waszych koleżanek też nie należą do ogierów. Ok, dopuszczam do siebie możliwość, że jest jakaś mała grupa chłopów, którzy nad wkładanie penisa do dziurki przedkładają sen, ale właśnie chodzi o to, że JEST ICH NIEWIELU, 2-3%, nie więcej. A już na pewno nie jedna czwarta, jak informuje znany i lubiany profesor Izdebski.

Na potwierdzenie mojej teorii mam dla was, moi drodzy, statystyki. Ale nie suche słupki procentowe wyliczone na podstawie ankiety na tysiącu wybranych osób, nie, ja przedstawię historie z mojego życia. Otóż na stu kolegów jakich posiadam przynajmniej 98 myśli głównie o tym, żeby sobie podymać. Żonę, a jeśli nie mają (lub czasem nawet wtedy gdy mają!) to koleżankę z pracy, panią na przystanku, sklepową z osiedlowego spożywczaka, właściwie każdą kobietę, która jest chociaż trochę atrakcyjna. Dążenie do seksu jest dla nich dużo ważniejsze niż zrobienie zawodowej kariery. Ta, owszem, jest istotna, ale na zasadzie: jeśli będę dobrze zarabiał, to przyciągnę do siebie atrakcyjniejsze laski.  Ewentualnie: jeżeli będę miał hajs, żona wypnie mi się tym chętniej, bo – jak wiadomo – one lubią się parzyć z facetami, którzy coś w życiu osiągnęli, a nie z nieudacznikami.

W tym miejscu muszę niestety obalić teorię Newsweeka. Aniu, Ewelino, czytajcie uważnie: NAJWIĘKSI RUCHACZE JAKICH ZNAM TO GOŚCIE, KTÓRZY SĄ PRACOHOLIKAMI.

Dlaczego – spytacie. Już odpowiadam, dziewczyny. Zasada u mężczyzn jest taka: im ktoś ostrzej zapierdala, tym mocniej lubi się pobawić. Czyli jeśli np. X pracuje 5 razy w tygodniu po 12 h na dobę, to macie jak w banku, że przynajmniej raz na siedem dni ruszy na grubą tindę. Alkohol, tańce i – obowiązkowo – dupeczki są jej nieodłącznymi częściami. Dodam że imprezowanie z laskami nie kończy się na wspólnym piciu i pląsaniu na parkiecie.

Naturalnie opisana sytuacja dotyczy głównie singli, ale warto nadmienić, że znajomi żonkosie-zapierdalacze też potrafią wyluzować. Kolacyjka w drogiej restauracji, winko, a następnie dogadzanie ślubnej to dla nich regularna jazda obowiązkowa. Przekręcanie się na drugi bok wchodzi w grę tylko wtedy, gdy małżonka osiąga rozmiary wieloryba, no ale wtedy nie można mieć pretensji do faceta, że woli zjechać na ręcznym przed kompem niż angażować się w zoofilię, prawda?

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑