Nie chcesz wyglądać jak kolesie ze zdjęcia? To przyhamuj z całą tą modą

Opublikowano Październik 8, 2013 | przez Dżordż

moda meska

Ministra i prezeska to słowa, które w rankingu moich najmniej ulubionych zajmują wysokie miejsca. Choć naprawdę ich nie trawię, to nie irytują mnie nawet w połowie tak bardzo, jak wyraz „szafiarka”.

Kiedy go słyszę, wyobrażam sobie starą, pachnącą stęchlizną babunię, która toczy prywatną wojnę z molami o to, aby nie zeżarły jej wszystkich ubrań. Niestety, szafiarka to nie jest otyła emerytka, to przeważnie młoda, zdrowo wyglądająca panienka zafiksowana na punkcie ubrań. Obecnie w Polsce kilka tego typu lasek robi większą karierę niż Monika Lewinsky po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z prezydenckim członkiem.

Z jednej strony szacun za to, że dziewczyny potrafią się wybić na samych tylko ciuchach, bez kooperacji z penisem jakiegoś wysokopostawionego w  świecie mody palanta. Z drugiej męczą mnie te wszystkie szafiarki, modowe blogerki oraz celebrytki z upodobaniem szpanujące kolejną dziwaczną szmatką, której cena pozwoliłaby wyżyć przeciętnej polskiej rodzinie przez miesiąc. W temacie fatałaszków nie to wkurza mnie jednak najbardziej. Bardziej od wspomnianych pań, oraz od sfeminizowanych projektantów, denerwuje mnie to, że przeciętny, heteroseksualny Polak zaczyna przez modę niewieścieć i… bankrutować.

Mężczyzna powinien być elegancko i schludnie ubrany. Wypastowane, lśniące buty, dobrze skrojone spodnie, dopasowana koszula oraz marynarka – uważam, że każdy szanujący się facet, mający 30 i więcej lat, musi nosić się w ten sposób. Czego za to nie lubię to faktu, że wielu ze znajomych zaczęło poświęcać tematowi ubioru absurdalnie dużo czasu.

– Idziesz wieczorem na piwo?

– Nie, wpadam do galerii po buty.

– To może jutro?

– Nie dam rady, pędzę do krawca dopasować nową marynarkę.

Wygląd jest naszą wizytówką, to nie ulega wątpliwości. Ale czy oznacza to, że na nowe szmatki mamy przeznaczać 80 % wolnego czasu? Że zamiast poczytać dobrą książkę czy pójść do teatru powinniśmy pędzić do galerii po buty numer 14? Nie wydaje mi się.

Zatraciliśmy się w tej pogoni za zewnętrznym wizerunkiem. Setki modowych stron internetowych, reklam nowych kolekcji, a także wyprzedaży zrobiły nam z mózgu jedną wielką szafę właśnie. Notoryczne jej zapełnianie stało się dla nas celem, którego de facto nigdy nie osiągniemy. Kupowanie ciuchów to tak naprawdę syzyfowa praca – zawsze pojawi się jakaś nowa, lepsza, ładniejsza (i droższa!) kurtka, którą zdaniem reklamodawców, a po chwili i nas samych powinniśmy sobie kupić. Ciągle będziemy więc czuć w środku poczucie niespełnienia, które każe nam wydawać ostatni hajs na aktualnie panującą kolekcję.

Kiepskie to, co gorsza coraz więcej z tych ubrań ma tyle wspólnego z prawdziwym mężczyzną co Kuba Wojewódzki z otyłością. Niejeden z kumpli w ostatniej dekadzie z samca w stylu Hanka Moody’ego przemienił się w jakieś emopodobne stworzenie. Większość z nich nie dostrzega, że zaczyna wyglądać groteskowo – tłumaczą sobie, że to nic złego, iż mają coraz węższe rurki i coraz bardziej obcisłe koszule, przecież taka jest obecna moda.

Tylko czy zawsze coś, co jest na topie, musi być cool? Czy naprawdę musimy pozwalać projektantom, żeby dyktowali nam co jest fajne, a co nie? Czyż nie po to mamy mózgi, żeby ich używać, a tym samym selekcjonować ubrania, podobnie jak informacje? Przecież nie wszystko co np. onet.pl uważa za hitowy news, musi nam się podobać. Jeden tekst uznamy za fajny, inny za beznadziejny. Proponuję, żebyśmy do mody podeszli podobnie – z głową na karku, a nie z niemym zachwytem w stosunku do każdego ciuchu, który aktualnie jest na topie.

Panowie, jeśli się nie opamiętacie to niechybnie będziecie prezentować się jak ci kolesie ze zdjęcia. A stąd już niedaleka droga do umawiania się na randki z transwestytami.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑