Nie czytasz? To nie bzykasz!

Opublikowano Kwiecień 23, 2013 | przez ZP

czytanie

Znajoma krytyk literacka dzwoni do mnie późnym wieczorem. Jest zbulwersowana. Mówi podniesionym głosem: – Nie przespałam się z nim, nie mogłam!

To elegancka kobieta po trzydziestce. Zawsze idealnie ubrana: szpilki dopasowane do kostiumu plus dyskretny makijaż, a do tego zadbane, wysportowane ciało. Wszystko się zgadza.

Pewnego razu, na jednym z bankietów, poznała jakiegoś biznesmana. Teoretycznie też wszystko się zgadzało: facet był kulturalny, błyskotliwy, pachnący, szczupły. Zaczęli więc randkować. Raz, drugi, trzeci.

– Preferuję zasadę czterech randek. Po tylu mogę iść z partnerem do łóżka – zwierzała mi się X kilka godzin przed decydującym starciem, które – o czym pisałem w leadzie – zupełnie się nie udało.

Dlaczego? Koleżanka tłumaczyła to w ten sposób:

Jako krytyk literacki początkowo raczej unikam z facetami, z którymi się spotykam, rozmów o książkach. To dla mnie ważny, osobisty temat. Nie poruszam go na pierwszym czy drugim spotkaniu. Z tym mężczyzną czekałam do czwartego. Stwierdziłam, że zanim pójdę z nim do łóżka, muszę znać jego gust.

No więc siedzimy sobie w eleganckiej restauracji, jemy smaczne danie, popijamy je zacnym winem, w tle przygrywa miła, spokojna muzyka. Rozmawiamy na różne tematy. Nagle pytam, z miną niewiniątka:

– Kotku, a właściwie to jakie ty książki lubisz?

Serce drży mi na całego, ale nie daję tego po sobie poznać. Nie chcę, żeby wiedział, że od jego odpowiedzi zależy aż tak wiele.

– Skarbie, nie wiem czy kojarzysz takiego autora, nazywa się Paulo Coelho…

Zamarłam. Ryba stanęła mi w gardle. Wiedziałam, że to koniec. Uśmiechnęłam się do niego protekcjonalnie, wytarłam usta chusteczką, ukłoniłam się lekko, wstałam i powiedziałam z teatralną miną: żegnaj.

Chłop się skonfundował.

– Ale o co chodzi, dlaczego idziesz?

– Jestem krytykiem literackim. Muszę się szanować. Nie mogę prowadzać się z facetem czytającym książki dla gimnazjalistów.

Na pewno ktoś z czytelników tego tekstu uzna, że moja znajoma to kompletna wariatka. Że mogła schować dumę do kieszeni i po prostu pouprawiać fajny seks, a dopiero potem powiedzieć gościowi adieu.

Ja tam doskonale ją rozumiem. Tak jak nie idzie się do łóżka z pierwszą lepszą laską z klubu, która wyraża nami jakiekolwiek zainteresowanie, tak nie można stworzyć ciekawej relacji z literackim debilem.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: zamieszkaliście z dziewczyną, z którą macie taki zwyczaj, że przed snem każde z was coś czyta. Ty jedziesz klasyką, wyciągasz spod poduszki powiedzmy „Imię róży” Umberto Eco. Po drugiej stronie łóżka natomiast dzieją się rzeczy straszne. Dochodzi do literackiej imprezy w remizie albowiem twoja połowica wydobyła właśnie z czeluści szuflady „Zmierzch”. I nie dość, że połyka każdą stronę z zapartym tchem, to jeszcze co kilka chwil przerywa ci lekturę, aby zacytować jakieś zabawne w jej mniemaniu zdanie tej grafomanki Stephenie Meyer.

Albo taką: dzień później wychodzicie na kolacje z dwoma znajomymi parami. Jak już kończycie z obgadywaniem wspólnych znajomych, złych szefów, którzy gnębią was w robocie i najnowszych programów na TVN-ie, na afisz wjeżdżają książki. No i laska kumpla mówi, że przeczytała zajebistą pozycję pt. „Limonow” E. Carrere’a. Wszyscy kiwają z uznaniem głowami, rozmawiając jednocześnie o poplątanych losach tego fascynującego człowieka. Nagle, niestety, jej chłopak pyta twojej dziewczyny:

– A ty jaką ciekawą książke ostatnio odkryłaś?

– Nie wiem, czy słyszałeś, ale jest taka autorka Stephanie Meyer…

W tym momencie krztusisz się jedzeniem tak konkretnie że znajomi pytają wzrokiem: wezwać karetkę? Robisz się bardziej czerwony niż Aleksander Kwaśniewski po pół litra wódki. W myślach żałujesz, że nie masz przypiętego do pasa samurajskiego miecza. Albo popełniłbyś nim seppuku, albo – kierowany jakąś dziką wściekłością – zabawił się w Umę Thurman z „Kill Billa” i odciął swojej drugiej połówce jakąś część ciała. Najlepiej język, co by już nie paplała tylu głupot.

Nie da się spotykać przez dłuższy czas z literackim prymitywem, dla którego „Alchemik” to zbiór największych, najgłębszych mądrości tego świata. Udany związek i podobny, dobry gust do książek idą ze sobą w parze, zawsze. Są nierozłączne. Jak Natalia Siwiec i jej silikony.

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑