Nie jestem nieustraszony jak Johnny Bravo. Góry pełne są hamletyzmów i makbetyzmów

Opublikowano Luty 5, 2013 | przez Dżordż

pustelnik

Polskie media podniecały się dziś przez cały dzień akcją GOPR-owców, którzy musieli ratować zostawionych bez opieki w Bieszczadach nastolatków. Wszystko skończyło się dobrze, a cała ta gadka o górach przypomniała nam o tym, że kiedyś zrobiliśmy naprawdę ciekawy wywiad o poważnej wspinaczce z Piotrem Pustelnikiem, zdobywcą Korony Himalajów. To rozmowa o życiu, śmierci, samotności, poświęceniu i… Johnnym Bravo oraz Juliuszu Słowackim. Została przeprowadzona zanim Pustelnik wszedł na ostatni z ośmiotysięczników – Annapurnę.

Poświęciłby pan swoje życie, by uratować w Himalajach przyjaciela?

Nie wiem. Człowiek nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się w konkretnej sytuacji w górach, dopóki nie stawi jej czoła. Dwa lata temu mój kolega stracił wzrok podczas schodzenia ze szczytu. Przed tym wydarzeniem nie wiedziałbym, czy byśmy go porzucili, czy też zostali z nim, skazując się na niemal pewną śmierć.

I co pan wtedy zrobił?

Zostaliśmy, poczekaliśmy, aż ozdrowieje. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, by go porzucić. Czekałem, mając świadomość, że mogę zginąć. Nie miałem jedzenia, byliśmy wyczerpani. Gdyby jego ślepota trwała dzień lub dwa dłużej, zostalibyśmy tam na zawsze.

Naprawdę był pan gotów umrzeć wraz z nim i osierocić dzieci oraz zostawić żonę?

Tak, choć ja cholernie boję się śmierci. Nie jestem nieustraszonym bohaterem bajek Johnnym Bravo. W tamtej sytuacji miałem pełno w portkach, ale zostałem. Myślałem sobie tak – jak będę żył, gdy porzucę tego człowieka? Czy będę mógł potem zaproponować jakiemuś partnerowi: chodź, pójdziemy się powspinać? Czy będę mógł patrzeć w lustro? Góry pełne są hamletyzmów i makbetyzmów.

Pana słowa potwierdzają stereotyp mówiący o tym, że alpiniści to szlachetni romantycy gotowi ponosić wielkie ofiary.

Czy ja wiem? Mnie zdaje się, że ostatnim prawdziwym romantykiem był Juliusz Słowacki, który nadawał z wierzchołka Mont Blanc, chociaż nigdy go na tym szczycie nie było. My nie jesteśmy bohaterami. Powiem więcej, himialaści mają w sobie odrobinę… kretynizmu. Normalni ludzie nie pakują się w takie sytuacje jak my.

Niedługo wyrusza pan w Himalaje, by zdobyć ostatni z ośmiotysięczników. Dlaczego pan to robi? Jeszcze rok temu Piotr Pustelnik deklarował, że nie podejmie tej próby.

Woli pan odpowiedź romantyczną czy pragmatyczną?

Poproszę obie.

Więc wersja romantyczna brzmi tak: no cóż, góry mnie wzywają, nie mogę im odmówić. Pragmatyczna: tylko krowa nie zmienia zdania!

Pewnie chce pan też, by ludzie mówili: to Piotr Pustelnik, zdobywca korony Himalajów. 

Nie zależy mi na tym. Dojrzałem jako alpinista. Nie wspinam się dla wyników i sławy. Robię to tylko dla przyjemności, dla obcowania z naturą i fajnymi ludźmi. Kiedyś traktowałem zdobycie czternastu ośmiotysięczników jako zadanie, wielki cel. Teraz wyluzowałem.

Jak długo będzie pan się wspinał? Jest pan w wieku bliskim emerytury.

Nie da się ukryć, że teraz jest mi ciężej niż kiedyś, choć ja nie brzydzę się swojego wieku. Ciągle szukam w internecie tekstów o 60 latkach, którzy spisują się w górach bardzo dobrze. Trzeba się jakoś motywować i usprawiedliwiać. Bez problemów zrezygnuję z wyprawy, gdy zobaczę, że odstaję od partnerów. Góry dają olbrzymie spectrum możliwości i doznań. Nie zawsze trzeba uprawiać zawodową wspinaczkę. Tatry czy Bieszczady też są atrakcyjne.

Podczas długiej i żmudnej wspinaczki zdarzyło się kiedyś panu powiedzieć: nie chcę, nie idę i wycofuję się?

Tak. W 2005 r. mój partner szedł jak przecinak, ja za nim człapałem, a w końcu nie miałem siły już nawet na to. Stanąłem. To był koniec. Wyprawa na Annapurnę została przeze mnie przerwana. Byłem sfrustrowany i załamany swoją słabością. Poważnie myślałem nad tym, by skończyć z zawodowym wspinaniem.

Zdarzyło się, że na pana oczach ktoś nie wytrzymał trudów wspinaczki i zmarł?

Tak, choć na szczęście nigdy nie pochowałem człowieka z mojej grupy, inaczej niż Rysio Pawłowski, którego trzech znajomych nie podołało trudom wyprawy.

Jak reaguje alpinista, który widzi z tak bliskiej odległości śmierć?

Ja byłem przerażony. Gdy zobaczyłem martwego człowieka, zesztywniały mi nogi, trzęsły się ręce. Długo dochodziłem do siebie.

Jest pan przygotowany na śmierć podczas wspinaczki?

A czy ktokolwiek z nas jest gotów na odejście z tego świata? Każdy normalny człowiek czepia się kurczowo życia. Ja też. Mam świadomość tego, że każda wyprawa może być ostatnią. Ale nie myślę o tym, nie analizuję. Gdybym to robił, mógłbym oszaleć. Raz jeden zdarzyło mi się pogodzić z tym, że umrę.

Kiedy?

We wspomnianej na początku sytuacji z kolegą, który oślepł. Myślałem sobie wtedy: chłopie, już po tobie. Zastanawiałem się, czy nie zostać ze ślepcem i nie kazać zejść najmłodszemu z nas. Miałem nadzieję, że chłopak jakoś da sobie radę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Ale przerażenie dotyczące tamtej sytuacji zostało we mnie na wiele miesięcy.

Zrobił pan w górach coś nieodpowiedzialnego?

Wiele razy. Na Dhaulagiri z kolegą natknęliśmy się na niewielką szczelinę. Mój partner zdjął plecak, przerzucił go, a potem przeskoczył. Ja pomyślałem: a, chrzanię, nie chce mi się zdejmować bagażu. Wziąłem rozbieg i hop. Nie doskoczyłem i spadłem. Na dole pomyślałem: kurczę, ale ty głupi jesteś. W alpinizmie 99 procent wypadków to efekt błędu człowieka.

Alpiniści są przesądni?

Jak wszyscy. Ja na przykład wierzę w to, że góra jest kimś. Że ma duszę, że można z nią pogadać. No więc jak się wspinam, to z nią rozmawiam. Mam nadzieję, że taka konwersacja zapewni mi bezpieczeństwo.

Modlicie się w trakcie wspinaczki? Na ośmiu tysiącach metrów człowiek czuje chyba bliskość Boga?

Na pewno czujesz, że jesteś bliżej czegoś wielkiego, nieodgadnionego. Zajadły katolik powie, że to Bóg. Dla nas jest to jakiś majestat, nie nazwana wielkość.

W trakcie zdobywania szczytu zdarza wam się rozmawiać, żartować?

Nie, bo jakakolwiek chwila dekoncentracji mogłaby się zakończyć tragicznie. Jesteśmy wtedy niezwykle skupieni. Porozumiewamy się za pomocą komend. Niektórzy koledzy słuchają muzyki z odtwarzacza mp3. Ja tego nie rozumiem. Owszem, można się relaksować w ten sposób w obozie w namiocie, ale podczas wspinaczki? To kuszenie losu. Człowiek powinien wsłuchiwać się w odgłosy natury, by go nie zaskoczyła.

Właśnie, miał pan kiedyś do czynienia z lawiną?

Tak, ale nigdy nie zostałem zacementowany na amen, by trzeba było po mnie wysyłać ekipę ratunkową. Kilka razy „zabrałem się” z lawiną. To niesamowite uczucie. Masz wszędzie śnieg – w nosie, uszach. Jesteś całkiem wychłodzony. Nie dziwię się, że są ludzie, którzy podczas spotkania z lawiną popuścili ze strachu. W takich chwilach człowiek docenia święty spokój.

Wściekł się pan kiedyś na kogoś w obozie?

Pewnego razu w Himalajach mieliśmy okropnych, miejscowych kucharzy. W ogóle się nie przykładali do pracy. Byłem kierownikiem wyprawy, więc ludzie mówili: Piotrek, zrób coś. Zadziałałem, jak przystało na choleryka. Wszedłem do namiotu kucharzy i ryknąłem. Ponoć z boku wyglądałem przerażająco. Ale odniosłem zamierzony efekt – jedzenie od tego momentu stało się smaczne.

W relacjach z wypraw w Himalaje zawsze występują Szerpowie. Kim właściwie są ci ludzie?

To żyjące w górach plemię. Jest ich kilkadziesiąt tysięcy. Ci ludzie są genetycznie świetnie przygotowani do bytowania w Himalajach. Niestety, żyją bardzo krótko, średnio 57 lat. Ich układ sercowo-naczyniowy i płuca bardzo szybko się eksploatują. Gdybym był Szerpą, to pewnie już bym nie żył. To są fajni ludzie, z charakterem, tacy typowi górale, podobni do naszych z Zakopanego. Ja zazdroszczę im świetnej przemiany materii. Są wyżyłowani, umięśnieni. Mają niezłe branie u kobiet. A także u himalaistów – jeśli chcesz ułatwić lub przyspieszyć akcję, wynajmujesz Szerpę, który nosi twój bagaż i pomaga. Ja nie korzystam z tej opcji zbyt często, ale bywają gwiazdy wspinaczki, które to robią to nagminnie.

Wśród alpinistów istnieje ranking najlepszych?

Oczywiście, jak w każdym sporcie.

Jest pan w nim wysoko, Piotr Pustelnik to postać rozpoznawalna w świecie?

Nie, to bardzo dobry rzemieślnik, produkt wielkiego uporu.

A jak oceniają pana znajomi niezwiązani z górami? Podśmiewają się, że starszy facet zamiast pielić w ogródku rusza w góry, czy też pana podziwiają?

Obserwuję trzy postawy ludzi wobec tego, co robię. Pierwsza jest pełna entuzjazmu, okrzyków w stylu: ale z ciebie macho. Wtedy z reguły odpowiadam: nie, no co wy, zwykły facet ze mnie. Choć oczywiście w środku czuję dumę. Druga postawa to coś w stylu: skończ chłopie z tymi górami, jest tyle pięknych rzeczy na świecie. Najgorsza jest ta trzecia. Słucham wtedy, że jestem nieodpowiedzialny, bo narażam, żonę, dzieci, szwagra, a także swoje koty, psy i w dodatku chomika. Ludzie mówią mi, że jestem niedojrzały, bo nie zarabiam dla rodziny pieniędzy itd. Raz, podczas sylwestra, spotkałem się z tak ostrą krytyką kumpla, że aż mi odeszła ochota do picia alkoholu. Wyobraża pan sobie, jak mocno na mnie naskoczyli?

Czy człowiek, który doznaje tylu ekstremalnych wrażeń, jest w stanie jeszcze cieszyć się drobnostkami?

A zna pan kogoś, kto nie lubi pięknych kobiet, szybkich samochodów, dobrej kawy i fajnej książki? Ja kocham życie, dlatego pielęgnuje w sobie pasję do drobiazgów. Codzienne czynności także mogą nakręcać. Ale i denerwować. Stanie w korkach irytuje mnie do dziś. Są jednak rzeczy, na które człowiek uodparnia się dzięki górom.

Na przykład?

Pracuję w dużym banku, wśród wielu ludzi. Nie podniecam się ich problemami, tym na przykład, że ktoś komuś zarysował samochód. Ja tyle rzeczy straciłem, że do rzeczy materialnych się nie przywiązuje. Nie biorę udziału w wyścigiu szczurów. Góry dają dystans i wyciszają. Gdy stoisz na szczytach Himalajów, to widzisz, jak drobnym pyłkiem na tym świecie jesteś. Rozumiesz, że nie w pieniądzach tkwi istota jestestwa. Jeśli ktoś zapyta: czego ty tak naprawdę dorobiłeś się w życiu oprócz opalenizny, kilku złamań i siniaków, to uśmiechnę się i odpowiem: wszedłem na kilkanaście największych gór, jestem dzięki nim wolny, a to cenniejsze niż pełny portfel.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑