Nie ma nic bardziej wstydliwego niż rozwalić komórkę na trzeźwo

Opublikowano Czerwiec 2, 2014 | przez Dżordż

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Telefony komórkowe niszczy się w różnych sytuacjach, które łączy właściwie tylko jedno – właściciel feralnego sprzętu przeważnie jest najebany.

Czasem pijakowi komórka służy jako GPS. Idzie toto ledwo żywe, próbuje namierzyć dom, ale niestety zanim to zrobi, telefon wymyka się z drżących dłoni. Czasem sprzęt niszczy się w bardziej banalny sposób – ot po prostu narąbany bohater przewraca się niefortunnie akurat na ten bok, w kieszeni którego spoczywa smartfon.

Oczywiście bywają i sytuacje dużo bardziej niezwykłe od dwóch wymienionych, chociażby wtedy, gdy zaatakowany przez łysych imprezowicz w akcie desperacji, jako że jest pozbawiony kastetu, bejsbola oraz pałki i gazu łzawiącego, używa koma jako broni. Nie zawsze jest to broń skuteczna, ale niemal zawsze jest to broń jednorazowego użytku – jedno pierdolnięcie w głowę tudzież kark napastnika i już, życie telefonu skończone.

Starczy już tych przykładów, wymieniłem je po to, żeby przedstawić jeden wniosek – łatwiej żyć ze świadomością, że rozjebało się komórkę pod wpływem niż z wiedzą, że zrobiło się to przez… własną niezdarność, jak ja ostatnio.

Sytuacja wyglądała tak: jechałem autobusem na imprezę nad Wisłę – spotkanie ze znajomymi z dawnych studiów – i bardzo się spieszyłem, ponieważ byłem mocno spóźniony. Z pojazdu wyskoczyłem z większą dynamiką niż Wąs z progu za najlepszych czasów, o mało się nie połamałem, ale jakimś cudem zachowałem równowagę. Niestety, radość trwała krótko, dokładnie jakieś pół minuty. Właśnie po takim czasie zbierałem komórkę z chodnika. A właściwie to, co z niej zostało.

Uderzenie było soczyste. Celne w 100%. Spektakularne. Przyjęło się jak najlepsze nokauty Mike’a Tysona w jego młodzieńczych latach. Gdy tylko usłyszałem to charakterystyczne „pac”, przymknąłem oczy i siarczyście zakląłem. Wściekłem się, bo już wiedziałem, że komórka jest pozamiatana.

Zdenerwowałem się również dlatego, że rozwaliłem ten telefon w najgłupszy możliwy sposób, mianowicie… sięgając po niego dłonią do kieszeni płaszcza. Zrobiłem to tak szybko i gwałtownie, że po prostu nie utrzymałem sprzętu w dłoni – swoją drogą szczęście, że inny sprzęt trzymam w ręce bezproblemowo, to jeszcze nie czas ataku Parkinsona – a uderzenie było idealne, o czym już pisałem.

I tu rodzi się istotne pytanie: czy będąc taką pierdołą jest sens inwestować w smartfony? Przecież one delikatniejsze niż Zosieńka w „Panu Tadeuszu”, ja natomiast jestem bardziej niezgrabny niż Andrzej Gołota w „Tańcu z Gwiazdami”. W tej sytuacji powinienem chyba – nawet kosztem zrezygnowania z mobilnego internetu – kupić telefon z poprzedniego wieku lub z początku tego, wiecie, jakąś oldskulową Nokię, co to nie zniszczy jej ani upadek, ani mróz czy inne wpadnięcie do wody.

Ludzie specjalnej troski wymagają specjalnego sprzętu, taka jest smutna prawda.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑