Nie ma nic piękniejszego niż poczucie dumy z ojczyzny

Opublikowano Luty 23, 2015 | przez ZP

4afeff91-381d-4e88-b2d4-3bf3baf8f9d0-620x372

Lubię czuć dumę z Polski. Lubię, kiedy absolutnie cały świat myśli o naszym kraju coś w stylu: hej, oni tam są naprawdę zdolni i kumaci. Zdarza się to oczywiście rzadko, ale jednak takie sytuacje czasem mają miejsce. Ten cały wstęp jest naturalnie po to, żeby nawiązać do tegorocznej ceremonii rozdania Oscarów.

Nie oglądałem jej na żywo – już dawno doszedłem do wniosku, że siedem godzin snu cenię sobie bardziej niż jakiekolwiek nocne rozrywki, naturalnie poza seksem i walkami Andrzeja Gołoty. Kiedy jednak wstałem, pierwsze co zrobiłem to odpaliłem internet. Tym samym olałem… potrzebę zrobienia siku, a także krzyk organizmu, który domagał się codziennej, porannej dawki kofeiny. Zresztą chwilę po podłączeniu się do sieci zapomniałem o swoich rytuałach. Liczyło się tylko jedno: „Ida” dostała Oscara, a tym samym Paweł Pawlikowski i jego ekipa sprawili, że poczułem się wzniebowzięty.

Ja wiem, że niejeden rodak uważa ten film za pokazujący Polaków w złym świetle, zdaje sobie też sprawę, że paru mieszkańców naszego kraju ma gdzieś coroczną ceremonię wręczenia statuetek. Bo akademia jest nieuczciwa, bo dużo w tej imprezie przepychu, blichtru i sztuczności, bla, bla, bla. Szczerze? Krzyki malkonentów zupełnie mnie w tej chwili nie obchodzą. Zamiast się w nie wsłuchiwać, wolę po raz kolejny włączyć sobie moment, w którym urocza jak zawsze Nicole Kidman obwieściła mieszkańcom całej naszej planety, że to „Ida” jest najlepszym filmem nieanglojęzycznym.

Oglądając tę dojrzałą seksbombę zacząłem się zastanawiać, kiedy ostatnio czułem taką dumę z sukcesu jakiegokolwiek Polaka/Polaków? Myślę sobie, że było to wówczas, gdy Robert Lewandowski strzelał cztery gole Realowi Madryt. Ja, zaprzysięgły fan Królewskich od 1997 roku, byłem naprawdę szczęśliwy i wzruszony, że zawodnik Borussii Dortmund właśnie przechodzi do historii i że oklaskują go w tym momencie ludzie w KAŻDYM zakątku Ziemi. Dużo więcej z tamtego wieczoru nie pamiętam, ponieważ skończyłem go z radości pod stołem.

Za to podczas finału Agnieszki Radwańskiej w Wimbledonie 2012 omal nie wylądowałem na pogotowiu. Powód? Byłem wówczas na wczasach w Ustce i straszliwie pokłóciłem się z gościem, który w knajpie nie chciał włączyć mi meczu Polki z Sereną Williams. Gdyby nie zdecydowana reakcja kolegi, nerwowy koks najpewniej posłałby mnie na deski w dużo bardziej spektakularny sposób, niż Amerykanka rozprawiła się z krakowianką (6:1, 5:7, 6:2).

W tym miejscu warto dodać, że choć Aga nie dała rady rywalce, to i tak po spotkaniu czułem duże wzruszenie. W końcu nasza dziewczyna wystąpiła w finale najbardziej prestiżowej imprezy tenisowej, a z kolei ów sport jest jednym z najbardziej powszechnie uprawianych na świecie. Codziennie miliony młodych adeptów marzą o tym, by zagrać w znakomitej londyńskiej imprezie, a tymczasem oglądamy w niej rodaczkę – how cool is that?!

Nie jesteśmy światową potęgą w dziedzinie kultury, sportu czy polityki. Nie jest tak, że o naszym kraju codziennie mówi się w głównych wydaniach wiadomości największych amerykańskich, niemieckich czy brytyjskich telewizji. Dlatego tym bardziej doceńmy to, co wydarzyło się kilkanaście godzin temu w Dolby Theatre. Przez tych pare minut o Polsce usłyszało łącznie więcej osób, niż podczas całych igrzysk w Soczi, jestem tego pewien. I to jest naprawdę piękne, to jest fakt, który powinien sprawić, że przynajmniej do końca tego poniedziałku powinniśmy chodzić uśmiechnięci od ucha do ucha, zapominając o całej tej żółci, która na co dzień przelewa się wokół nas.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑