Nie pij z pisarzami. To dranie, którzy mogą ci strzelić w twarz

Opublikowano Styczeń 9, 2014 | przez lucky bastard

pisarz

Dlaczego zacząłeś to robić – każdy parający się pisaniem, zarówno zawodowiec jak i amator, zarówno noblista jak i beznadziejny grafoman, w odpowiedzi na to pytanie ma jakąś historię.

Angielska pisarka Anita Brookner zaczęła tworzyć „z powodu poczucia bezsilności”. Fikcja, gdzie wszystko jest możliwe, a także  zależne od nas, była dla niej odskocznią od życia, gdzie już tak różowo nie jest. Stephen King z kolei zaczął pisać z prozaicznego powodu: by zabić nudę. Chorował przez 9 miesięcy, w domu nie było ani telewizora ani radia, więc czytanie urozmaicał sobie pisaniem własnych historii.

Autorka tekstów piosenek Taylor Swift, dziś gwiazda amerykańskiego rynku muzycznego, pisała z samotności: „I turned to songwriting because I didn’t really have anybody else to talk to”. William Burroughs z kolei – pisarz, narkoman, bitnik, handlarz crackiem, malarz, psychonauta, teoretyk społeczny, książe literackiej awangardy, twórca cut – upu, legenda kontrkultury – zwrócił się ku literaturze po przegranej. Przegranej w pewną bardzo specyficzną grę.

Szósty września 1951 roku, Meksyk. Trzydziestosiedmioletni Burroughs, wraz z przyjaciółmi oraz żoną – Joann Volmer, imprezuje do późna w nocy w położonym przy plaży barze. Liczba trzeźwych osób na metr kwadratowy: zero, w obiegu krążą whisky, wódka, najrozmaitsze narkotyki – od marihuany, przez heroinę, po używaną przez indiańskich szamanów yage. W pewnym momencie Burroughs proponuje grę w „Wilhelma Tella”. Jak mówi mit Wilhelm Tell postawił swojemu synowi jabłko na głowie, a potem epicko je trafił. Gra w „Wilhelma” polega na niemalże tym samym, jedynie rekwizyty się zmieniają: zamiast łuku Burroughs miał pistolet, zamiast jabłka na głowie jego żona miała ustawioną na głowie pustą szklankę po whisky. Burroughs wycelował w szklankę, a potem przestrzelił żonie twarz.

Spędził w więzieniu tylko trzynaście dni. Ze stanów przyjechał do Mexico City jego brat i przekupił tamtejszych oficjeli by pozwolili wypuścić Burroughsa za kaucją. Wcześniej nie było to możliwe, gdyż postawili mu zarzut morderstwa. Po stosownie dużej łapówce zmieniono zarzut na zabójstwo w afekcie, przy którym była możliwość wyjścia za kaucją. Brat wpłacił pieniądze, Burroughs miał obowiązek codziennie zgłaszać się do lokalnego komisariatu, jak łatwo jednak się domyślić miał inne plany niż rozpoczynanie dni od porannej wizyty u meksykańskich policjantów. Zbiegł do Stanów.

„Jestem zmuszony przyznać się do obrzydliwego wniosku: nigdy nie zostałbym pisarzem, gdyby nie śmierć Joan” – wyznawał. O wypadku, którego konsekwencją było zabicie wieloletniej żony, wiernej towarzyski wielu wkłuć i tripów, Burroughs mówił też potem tak: „śmierć Joan przyniosła mi kontakt z z obcym we mnie, najeźdzcą, parszywym duchem i wmanewrowała mnie w życie ciągłej walki o przetrwanie, w której nie miałem innego wyboru niż pisać by znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji(…)” (dosłownie write my way out, znaleźć wyjście w trudnej sytuacji – find my way out, Burroughs pisze write my way out) „. Możemy przypuszczać, że traktował pisanie jako formę terapii – o tym mówi się często współcześnie. Karol Maliszewski zwraca uwagę, iż większość poetów zaczyna pisać z powodów – nieświadomie – terapeutycznych.

Twórczość wyrosła z tak ponuregoo źródła nie mogła być radosna i o wąchaniu kwiatów wiosną. Nie ma takiego tekstu Burroughsa, który nie byłby przesycony ocierającą się o surrealizm brutalnością i wulgarnością swiata. Jego bezlitośnie przypadkową formą i kuszącą, efektowną brzydotą. Cała jego twórczość miała znamiona tamtego wieczoru: chaotyczna, pełna narkotycznych zachowań, o szczęśliwych zakończeniach możecie zapomnieć, życie uchwycone w jego najbardziej osobliwym kształcie.

Kto zyskał na śmierci Joann Volmer? Na pewno nie Burroughs, który do końca życia ćpał, zmagał się z sobą, zatapiał w coraz fatalniejszych wiwisekcjach. Jest jednak jeden beneficjent: literatura. Po raz kolejny mamy przykład, że dobra literatura wymaga doświadczeń, albo, by rzec dosadniej, ofiar. Jest bezdusznym pasożytem, łaknie tylko wyjątkowości przeżyć (bez względu na to jakiego rodzaju jest to unikalność), które rękami pisarza będzie mogła zamienić na oryginalną prozę. Tutaj, na tak ponurym, „wyjątkowym” doświadczeniu jak zabicie kochanej osoby zaczęła kiełkować (oparła się?) jedna z najważniejszych gałęzi literackich XX wieku.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑