“Nie sądziłem, że tyle pożyję”. Poznajcie człowieka, który zamknął Burger Kinga

Opublikowano Listopad 20, 2014 | przez Jaskier

exjo7wk

Człowiek do zadań specjalnych powrócił. Nie, nie jest nadzwyczajnie wyszkolony jak gość z brygady antyterrorystycznej. Wręcz przeciwnie, dziś to tylko nobliwy starszy pan, do którego aż chce się powiedzieć „dziadku”. Posiada za to wyostrzone zmysły, jest wrażliwy na krzywdy innych oraz ma odwagę i ogromną determinację, by sprzedawać ciosy władzy. Nieważne, czy mówimy o władzy politycznej, medialnej, ekonomicznej, czy jeszcze innej.

Gunter Wallraff – bo o nim mowa – doprowadził do zamknięcia 89 lokali Burger Kinga na terenie Niemiec, obnażając liczne uchybienia i nieprawidłowości w ich funkcjonowaniu. Potwierdził tym samym opinie, że tam gdzie nie sięga szablonowe dziennikarstwo, zaczyna się praca dla niego.

Mówiąc szczerze, z zajęć na studiach dziennikarskich, choć skończyłem je niedawno, pamiętam niewiele. W zasadzie zaskakująco niewiele, biorąc pod uwagę fakt, że przed rozpoczęciem pierwszej pracy uważałem, że wiedza przekazywana mi z ambon przez teoretyków, to prawdy objawione. Jednak jedno doświadczenie zostanie mi chyba na całe życie, a mianowicie zrobienie tzw. wcieleniówki. Świetna sprawa, polecam każdemu. Ja wcieliłem w osobę, która szuka sponsora (możecie odszukać w archiwum Wyszło) i to chyba najciekawsza rzecz, jaką zrobiłem w ciągu kilku lat studiów. Dlaczego o tym wspominam? Bo to właśnie Wallraff, o którym dziś jest głośno, jest kimś, kogo nazwać można klasykiem gatunku. W Niemczech funkcjonuje nawet termin Lex Wallraff, który w skrócie oznacza, że kontrowersyjne metody pozyskiwania informacji (np. oszustwo) są legalne, jeśli ich użycie może spowodować ujawnienie poważnych nieprawidłowości.

Nigdy nie spodziewał się, że będzie żył tak długo (ma 72 lata). Przed przystąpieniem do zadania zdarzało mu się pisać testament. Lista akcji, które przeprowadził jest tak długa, że można by nią obdzielić tuziny „zwykłych” dziennikarzy. Może zabrzmi to niewiarygodnie, ale doprowadzenie do zamknięcia prawie 90 niezwykle popularnych budek z burgerami, to – biorąc pod uwagę wcześniejszą działalność – pikuś.

Dobra, do rzeczy. Czym tak zasłynął? Dlaczego z pozycji kolan przygotowuje dla niego laurkę?

To dziennikarstwo, które zmienia świat. Kiedyś od mniejszości etnicznych napływających na tereny państwa niemieckiego nasłuchał się historii o niewiarygodnych zjawiskach, które ich spotykają. W pracy, na ulicy, wszędzie. Uwierzył, ale jednocześnie musiał doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze, by w wiarygodny sposób powiedzieć o tym całym światu. Tak został Alym, tureckim gastarbeiterem, podrzędnym pracownikiem huty Thyssen, a później elektrowni atomowej i królikiem doświadczalnym, na którym testuje się leki. Przyjął nową tożsamość – jego wygląd zmienił się do tego stopnia, że nie poznawała go własna matka.

Wyniki śledztwa? Było jeszcze gorzej niż opowiadały o tym ofiary. Jak się okazało, wysoce rozwinięty kraj, który teoretycznie uporał się powojennym problemami (przede wszystkim w sferze mentalnej), ma za paznokciami więcej brudu niż można sobie wyobrazić. Na co dzień spotykał się z niesamowitą pogardą. Traktowany był jak zwierzę, którego jedynym zadaniem jest wyrobienie dwustu procent normy. W zasadzie każdy niemiecki cieć – jak się okazało: cały czas przedstawiciel rasy panów – mógł napluć mu w twarz i rubasznie się zaśmiać.

Wszystko to opisał w książce pod tytułem „Na samym dnie”, którą to ściągnął klapki z oczu zwykłych Niemców. Konsekwencje można rozpatrywać w różnych wymiarach, w zasadzie ciężko rozstrzygnąć, czy ważniejsze były te społeczne, czy prawne. Na pewno zmniejszył się dystans w stosunku Niemców do cudzoziemców. Na pewno wielkie koncerny otrzymały dzwon w potylice, którego ból mierzalny był w grubych milionach, które trzeba było przeznaczyć na odszkodowania.

Kolejna kozacka akcja – pod zmienionym nazwiskiem zatrudnił się w uwielbianym przez Niemców „Bildzie”. Gdy o opowiedział o swojej pracy – delikatnie rzecz ujmując – tabloid uwielbiany był już nieco mniej. Ujmę to tak – nierzetelne dziennikarstwo było najlżejszym zarzutem na długiej liście, którą ujawnił niejaki Hans Esser (tymczasowa tożsamość Wallraffa). Na jej czele – zwykłe skurwysyństwo, które objawiało się chociażby przy wyciąganiu – za wszelką cenę – zdjęć zmarłych dzieci od zrozpaczonych utratą potomstwa rodziców.

Idziemy dalej: w Grecji protestował przeciwko juncie tamtejszych pułkowników, zwracając uwagę na łamanie praw człowieka. Celowo doprowadził do własnego aresztowania. To już prawdziwy hardkor – lano go prętami i wyrywano paznokcie, by „zachęcić do współpracy”. Nie złamał się, choć tak naprawdę niewiele miał przecież do ukrycia. Udało mu się osiągnąć swój cel – zwrócił uwagę międzynarodowej opinii publicznej.

Długo można by wymieniać kolejne spektakularne, jednak raczej mija się to z celem. To jeden z tych twórców, których czytać trzeba w oryginale, by pojąć istotę jego pracy. Polecam, bo to tak naprawdę dziennikarstwo, którego w Polsce raczej nie znamy.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑