Nie tylko Boberek. Kochajmy polski dubbing!

Opublikowano Maj 8, 2013 | przez MB

boberek 2

W chwili, w której Jarosław Boberek odwiedził Kubę Wojewódzkiego, na dobre stał się częścią popkultury. Wyszedł z cienia Króla Juliana, stał się osobowością. Jednak tak naprawdę jest jednym z wielu. Oto kilka nazwisk, które równie dobrze „poprawiają” po amerykańskich pierwowzorach.

Wcześniej jednak refleksja. Prawdziwym szokiem jest dla mnie sytuacja aktorów dubbingowych w Polsce. Nie ma dla nich miejsca na planach filmowych, w telewizji, ani w ludzkiej świadomości. Koniec refleksji.

Tak samo często jak nazwisko Boberek słyszy się Paszkowski. Dokładnie Wojciech Paszkowski. Tytan pracy, który ostatni raz zmrużył oko prawdopodobnie na porodówce. Jego kolekcja animowanych charakterów sięga niewyobrażalnej liczbie dwustu zdubbingowanych postaci filmowych, pięćdziesięciu z gier komputerowych plus dwieście aktów reżyserskich. Znany wszystkim i nikomu.

W podświadomości polskiej publiczności utrwalił m.in. wizerunki Lefou („Piękna i Bestia”), Mike’a Wazowskiego („Potwory i spółka”), Juliusza Cezara („Asterix i Obelix: Misja Kleopatra” oraz podręcznik do historii), Trzech Świnek („Shrek 2″) i Maurice’a („Madagaskar”, czyli dream team Boberek-Paszkowski). W mojej – za sprawą Andy’ego Andersona w „Świecie według Ludwiczka”. W roku 2011 przejął postać po samym Deppie w oscarowym filmie „Rango” i zrobił z niej majstersztyk.

Agnieszką Holland polskiego dubbingu bez wątpienia była ś.p. Joanna Wizmur. Pulchna i wesoła aktorka drugiego planu. Kojarzona z ról właścicielek cukierni, kucharek, Pelagii i Balbin. A przecież to słynna „Babe, świnka z klasą”, bohaterka kultowa. Wizmur zdecydowanie częściej jednak reżyserowała niż podkładała. Dzięki niej Polacy zrozumieli „Króla Lwa”, „Herkulesa”, „Mulan”, „Shreki”, a nawet „RRRrrrr!!!”. Spędziłem z nią całe dzieciństwo.

Ważną jego częścią okazał się też Krzysztof Zduński z… „M jak Miłość”. Naprawdę nazywa się Cezary Morawski i na pewno nie raz, nie dwa to nazwisko słyszeliście. A już na bank jego ciepły głos pamiętają wszystkie laseczki, które za małolaty bujały się w Johnie Smisie, gachu Pocahontas. Ciekawe, jakie teraz mają miny.

Gwoli przypomnienia Krzysztof Zduński to serialowy ojciec Pawła i Piotrka, czyli „wybitnie” uzdolnionych bliźniaków Mroczek. W serii świątecznych filmów o Reniferze Niko podkłada głos pod renifera o imieniu Wicher. Był też Żółwikiem Sammym oraz reżyserem dubbingu do animowanego hitu z 2011 roku, „Roman Barbarzyńca 3D”.

Listę najlepszych uzupełnia Jacek Kopczyński. Najbardziej kojarzony przez kury domowe i emerytki z roli inwalidy w „Klanie”. Dla mnie to bohater. Jego głosem mówił serialowy Spider-Man. Ponadto Herkules, Darth Maul, Fred („Scooby-Doo”), Donatello („Wojownicze Żółwie Ninja”) oraz, tyrytyrytyty, SpongeBob Kanciastoporty, czyli gąbka w gaciach, której fenomenu absolutnie nie rozumiem.

Na najwyższej półce należy szukać umiejętności Sławomira Packa. Trochę niedoceniany, trochę z boku (tak, jakby jakikolwiek aktor dubbingowy był w Polsce doceniany). Głównych ról nie dostaje, za to ma najbardziej rozpoznawalną twarz i największy dorobek filmowy: „Młode wilki” (swoją drogą, ciekawe, co teraz dzieje się z Jakimowiczem i Szwedesem), „Szczęśliwego Nowego Jorku”, „Kiler”, „Chłopaki nie płaczą”, „Poranek kojota”, „Zróbmy sobie wnuka”. Głosem zarabiał w „Stuarcie Malutkim”, „Gdzie jest Nemo?”, „Autach”, „Safari 3D”, „Przygodach Tintina” i „Zambezii”, jednak jego postaci nie za wiele wam powiedzą. No, może poza jedną – Asteriksa. Niestety w najsłabszej części ze wszystkich – „Asterix na olimpiadzie”. Więc to się trochę jakby nie liczy. Ale jeszcze swoje dostanie.

O ile polskiej kinematografii można zarzucić równie wiele, co Franzowi Smudzie, o tyle o polskim dubbingu pisać, że jest dobry to za mało. Jest najlepszy. Boberek to jedyny oficjalny głos Kaczora Donalda, Bartosz Wierzbięta uchodzi za najbardziej błyskotliwego tłumacza i scenarzystę w branży (na pewno najlepszego, jakiego wydała nasza ziemia).

Eddie Murphy i Antonio Banderas zostali brutalnie zdeklasowani przez Stuhra i Malajkata, a Julia Roberts moczyła się z zachwytu, gdy usłyszała głos Agaty Kuleszy w „Królewnie Śnieżce”. A przecież są jeszcze tacy spryciarze, jak młody Stuhr („Kurczak Mały”), Jacek Rozenek (tak, ten, co ma chatę czystą na glanc), Jacek Bończyk („Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) i nieśmiertelny Czarek Pazura, który Sidem z „Epoki Lodowcowej” pozamiatał wszystkich.

Pamiętajmy też, że istnieje jeszcze nurt prawie undergroundowy. Szczególną uwagę zwraca zjawisko tzw. fandubbingu. W sieci mocno kręcą się strony, gdzie internauci szkolą swój warsztat na krótkich filmach anime. Spróbować się może praktycznie każdy, kto czuje zajawkę. Warto podjąć wyzwanie, skoro nawet Pudzianowi wyszło jako tako.

Dubbing trzyma się więc mocno. W najbliższych latach nie wróżę spadku formy. A tak w ogóle to w przyszły wtorek idę na zajęcia z podkładania głosu.

Komentarze




Back to Top ↑