Nienawidzę historii bez happy endu

Opublikowano Listopad 5, 2013 | przez Gofrey

zdjeciehappy

Pewnie czyni mnie to zdecydowanie mniej wrażliwym na sztukę, prawdopodobnie nie doceniam przez to prawdziwych artystów i zasługuję według nich na miano zepsutego popkulturą pospólstwa, ale… nienawidzę historii bez happy endu.

Nie znoszę chwil, gdy ginie mój ulubiony bohater, dramatem są dla mnie uśmiercone w coraz krwawszej fabule zwierzaki, nic nie obrzydza mi książki tak, jak trup narzeczonej gdzieś w 3/4 treści. Uświadomiłem to sobie dzisiaj, gdy ukończyłem jeden ze znanych sandboksów wydanych parę lat temu na konsolę. Nie wspomnę który, bo może ktoś jeszcze nie miał przyjemności grać i nieprzyjemności ukończyć. Liczy się jednak to, że w przedostatniej misji postać, którą prowadziłem od tygodni po prostu umiera.

Niby fabuła jest spójna, niby wszystko się zgadza, śmierć jest uzasadniona, symboliczna i pouczająca, a epilog nieco studzi rany, bo jest również ukazany moment zemsty. Tak czy owak jednak – po napisach końcowych dochodziłem do siebie cały wieczór. Pewnie powinienem się zachwycić – wow, jakie zaskakujące, uszanowanko, scenarzyści, znakomita robota, nie spodziewałem się tego. Ocena gry automatycznie powinna podskoczyć, bo przecież takie spektakularne zakończenie to coś, co zostanie w pamięci na długo, coś co będę wspominał. Ja jednak czułem wyłącznie złość, która odebrała mi kompletnie przyjemność z gry.

Od razu zacząłem się zastanawiać – czy to ze mną jest coś nie tak, czy raczej ci, którzy zachwycają się smutnymi i tragicznymi historiami, to jacyś chorzy zwyrodnialcy? W końcu czego szukamy w książkach, filmach czy grach? Czyż nie odprężenia i relaksu? Czyż nie przyjemności, którą sprawia nam przeżywanie setek niebezpieczeństw razem z bohaterem, by na końcu bezpiecznie odeskortować go na miejsce pt. żyli długo i szczęśliwie? Nie chcę, by bohater każdej historii na końcu zakładał rodzinę i kupował bujany fotel, ale zabijać mi go w tak perfidny sposób?

Piszę pół-żartem, pół-serio, ale problem jest dla mnie jednak dość istotny. Nigdy nie lubiłem horrorów, dramatów i filmów sensacyjnych, w których ginął przyjaciel głównego bohatera (znienawidziłem Hollywood na długo przed Terminatorem). Nie lubię się smucić, nie zniósłbym myśli, że wydałem 15 złotych na kino, by czuć strach (którego czuć nie lubię), smutek czy żal. Jaką przyjemność odnajdują w tym ci, którzy płacą grube pieniądze za możliwość popłakania się podczas finałowej sceny? Ci, którzy kupują bilety do kina na filmy składające się ze scen (naprzemiennie) skrajnego obrzydzenia rozrzucanymi po ekranie wnętrznościami i skrajnego zdegustowania, ilekroć na scenie pojawia się główny i zdeformowany fizycznie, główny „zły”?

Nawet fenomen „Piły”, tego rzekomo świetnego filmu, który dotyka ponoć nawet tematu psychologii, był dla mnie zawsze niezrozumiały. Jasne, zdaję sobie sprawę, że życie pod kloszem, udając że nie ma zła, głodu, brutalności i ubóstwa kończy się tworzeniem pokolenia lalusiów bez elementarnej odporności na wypadki losowe. Tyle że zło, głód, brutalność, ubóstwo i śmierć bliskich osób mamy na co dzień, w rzeczywistym życiu „pachnącym jak skunksy”. Ból zazwyczaj sam nas znajduje, czy tego chcemy, czy nie, nie musimy dodatkowo wyszukiwać go w miejscach, które z zasady mają służyć odprężeniu i odpoczynkowi.

Chyba już się nie zmienię, zbyt mocno cenię swój czas, by czerpać przyjemność z odczuwania strachu, smutku i bólu wywoływanego przez film, książkę czy grę fabularną. Prawdopodobnie jestem przez to płytszy, ale mimo wszystko blisko mi do słów Pjusa z płyty „Life after deaf”, z kawałka „Fanatyk”.

To zdaję się Marcel Proust powiedział kiedyś, że: „Szczęście robi dobrze ciału, ale smutek rozwija siłę umysłu”, czy jakoś tak.

Szczerze? Siłę umysłu rozwija nam świat. Niech te pieprzone gry dają nam trochę szczęścia!

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑