Nigdzie nie znajdziesz tylu buców, co wśród kontrolerów biletów

Opublikowano Wrzesień 23, 2014 | przez lucky bastard

m2ikvNQ

Bycie kanarem to dość szczególne zajęcie, które – wbrew pozorom – wymaga specjalnych umiejętności. Jest to jedna z nielicznych profesji, w których bardziej niż wiedza i umiejętności, liczy się charakter. Praca polega na wyłapywaniu oraz karaniu ludzi i, jak łatwo sobie wyobrazić, dzień w dzień wymaga uczestnictwa w wielu awanturach. Najbardziej pożądanymi cechami u kontrolerów biletów są więc nieustępliwość, bezwzględność i brak jakichkolwiek skrupułów. Ten sam profil psychologiczny, co u komornika.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że w zawodzie kanara płaci się kosmiczną kasę, a na każdy etat jest minimum dwudziestu chętnych. Jak wyglądałaby rozmowa kwalifikacyjna? Najpewniej komisja umieszczałaby w środku sali słodkiego szczeniaczka, a pracę dostawałby ten, kto by mu z największą satysfakcją przykopał. Taki człowiek byłby gwarantem dużej liczby wystawionych mandatów, bo śmiało można złożyć, że nie odpuściłby nikomu.

Rzecz jasna w kraju hula kryzys, więc siłą rzeczy wielu porządnych ludzi bierze się za to zajęcie. Nie z powołania, ale z musu. Są jednak i tacy, którzy od czasów kołyski marzyli, by zostać kanarem. Lubują się w dopieprzaniu ludziom kar, bo czują się przez to ważni. Kochają władzę, jaką daje im zatrzymanie pasażera bez biletu, i wypisanie mandatu. Zdradza ich mina oraz pełne satysfakcji ruchy. Z każdą literką i – przede wszystkim – cyferką wpisaną do swojego druczka stają się szczęśliwsi.

Piszę o tym, bo niedawno sam trafiłem na takiego człowieka. W sobotnie popołudnie przejechałem się z żoną warszawskim metrem na odcinku, którego pokonanie zazwyczaj zajmuje osiemnaście minut. Kupiliśmy dwa bilety 20-minutowe (razem 7,20 zł) i ruszyliśmy w naszą podróż. Niestety, na jednej ze stacji skład stał dłużej niż zwykle, przez co wysiedliśmy z wagonu po równych dwudziestu minutach.

I wtedy pojawił się on.

Zatrzymał nas na peronie, a jego ruchy były skrajnie powolne. Z dbałością przeciągnął bilety przez czytnik, a na pytanie o godzinę ustawioną w urządzeniu oczy mu rozbłysły. Odwrócił się, wykonał kilkanaście dostojnych kroków, po czym z lubością wskazał wielki zegar na ścianie. Następnie przystąpił do wypisywania druczków, a minę miał taką, jakby ktoś właśnie mu robił dobrze. Trwało to przeszło kwadrans, po czym dostaliśmy dwa mandaty, każdy na 266 złotych.

Z powodu drobnego błędu nasz domowy budżet został obciążony kwotą 532 złotych. Oczywiście, cała wina była po naszej stronie, bo powinniśmy odpowiednio zareagować na dłuższy postój pociągu. Nie zmienia to faktu, że czuliśmy się – przy zachowaniu odpowiednich proporcji – jak piłkarze Legii wyrzuceni z Ligi Mistrzów. Dostaliśmy karę zupełnie niewspółmierną do przewinienia.

Powiecie, że to specyfika pracy kanara, który nie miał wyjścia i musiał nas w ten sposób ukarać. Najgorsza była jednak jego reakcja, bo facet ewidentnie cieszył się, że udało mu się nas przyłapać. Zero empatii, zero zrozumienia. A przecież nie chcieliśmy nikogo oszukać i przejechać się na gapę, bo kupiliśmy bilety, a czas pobytu w metrze przekroczyliśmy o ledwie kilkanaście sekund. Można wykonywać swoje obowiązki z wyczuciem i z klasą, zamiast triumfować, jakby właśnie odniosło się jakiś wspaniały sukces.

W takich chwilach człowiek żałuje, że nie ma przygotowanego planu działania. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że z sytuacji można było wybrnąć bez otrzymania mandatu, wystarczyło się tylko odpowiednio zachować. Dowód?

Kiedyś byłem świadkiem ciekawejj scenki – pani i dwóch panów w wieku przedemerytalnym wybrali się na przejażdżkę pociągiem WKD. Jeszcze przed odjazdem wyciągnęli kanapki i termos, przy których prowadzili sympatyczną rozmowę. Atmosferę sielanki zakłóciła interwencja kanarów, którzy weszli już na następnej stacji. Jak się okazało, dwójka pasażerów miała ważne karty miejskie, natomiast jeden z podróżnych zapomniał skasować biletu, który w dodatku był zdecydowanie tańszy, niż było to wymagane.

Reakcję starszych państwa można porównać do zachowania tak zwanych obrońców krzyża. Kto wie, może właśnie wracali z nocnej warty pod Pałacem Prezydenckim? Najgłośniejsza okazała się kobieta, która z całą mocą swojego gardła krzyczała w stronę kanarów, by się odczepili. Podniósł się wielki wrzask, w którym najczęściej słychać było: „Zostaw go!”, „On nie wiedział!” i „Pierwszy raz jedzie!”. Poziom agresji pozornie sympatycznych podróżników sięgnął zenitu.

Kontrolerzy jednak nie odpuszczali, więc w ich stronę zaczęły latać „chuje”, „szmaty” i „świnie”. Prawie-emeryci bronili się z wielkim zacięciem, jakby od sprawy zależało życie całych ich rodzin. Na prośbę pokazania dowodu osobistego na cały skład rozległo się rozpaczliwe i pięknie przeciągnięte „spierdalaj”. Było już tylko o krok od rękoczynów i szamotaniny.

Wtedy jednak kontrolerzy odpuścili. Machnęli ręką i wysiedli na następnej stacji. W tamtym czasie byłem do głębi poruszony całą sytuacją. Oburzałem się, że bezmyślne chamstwo uchroniło podstarzałego gapowicza od zapłacenia mandatu. Dziś moja perspektywa nieco się zmieniła. Wśród kanarów są buce, którzy solidnie pracują na wizerunek całej grupy zawodowej. Można powiedzieć, że kontrolerzy sami przyczynili się do takiego odbioru przez społeczeństwo i, co za tym idzie, do pełnych złości reakcji.

Mam tylko nadzieję, że gość oblizujący się przy wystawianiu mojego mandatu na co dzień zalicza przynajmniej kilka takich scenek.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑