Nocleg na sawannie? Da się zrobić

Opublikowano Wrzesień 4, 2014 | przez Jaskier

hotel1

Jeden z autorów Wyszło zaproponował wam wczoraj interesujące zestawienie najbardziej niezwykłych hoteli świata. Same przedziwne miejsca – od pałacu położonego na jeziorze, przez nocleg w lodowych komnatach aż po kolosa wybudowanego na środku pustyni. Tak się przypadkowo składa, że w jednym (i niestety tylko jednym) z tych absolutnie genialnych miejsc nie tak dawno miałem okazję być, więc skoro samo zostało wywołane, uznałem, że to chyba całkiem niezły pretekst, by napisać o nim parę słów więcej.

Hotel nazywa się Sarova Saltlick Game Lodge i jest położony niespełna 200 kilometrów od Mombasy, drugiego co do wielkości miasta Kenii. Chociaż tak dokładniej mówiąc – to na terenie parku krajobrazowego Tsavo. Jeszcze innymi słowy? Na środku afrykańskiej sawanny, dziesiątki kilometrów od… czegokolwiek. Jeśli kiedykolwiek przyszło wam do głowy, że chcielibyście obudzić się pośród niczego, w znacznie większej dupie niż w Bieszczadach, a potem bez wychodzenia z hotelowego łóżka oglądać przez okno np. antylopy albo słonie przy wodopoju – ale nie jak w ZOO, lecz żyjące całkiem dziko – to jest właśnie takie miejsce.

Już możecie pakować walizki.

Sarova to zdecydowanie najdziwniejszy hotel, w jakim kiedykolwiek zdarzyło mi się nocować.  Cały kompleks to tak naprawdę kilkanaście domków umieszczonych na masywnych słupach, połączonych ze sobą (a także z recepcją, kawiarnią i co ciekawe – restauracją w opcji all inclusive) drewnianymi mostkami. Nie mam pojęcia w jaki sposób zostało to kiedyś wybudowane, biorąc pod uwagę, że nieopodal całkiem luźno biega sobie cała zwierzyna Afryki – słonie, antylopy, guźce, ale równie dobrze lwy, lamparty. Miejsce ma nieprawdopodobny klimat. Zwłaszcza w nocy, kiedy już mniej widać, za to słychać – przez cienkie ściany i równie cienki dach – wszystkie odgłosy sawanny. W dzień zwierzyna jest leniwa, o świcie rusza do wodopoju, nocą poluje bądź próbuje nie zostać upolowana. Prawdę mówiąc – przez natężenie dźwięków, zwłaszcza wczesnym rankiem, ciężko się tu dobrze wyspać, ale miałem wrażenie, że w tych okolicznościach niewielu gości to obchodzi.

hotel3

W hotelu nie ma WI-FI i paru innych dobrodziejstw XXI wieku, ale przestronne pokoje urządzone są naprawdę schludnie i gustownie. Zresztą, już nawet bardziej niż brak internetu zaskoczyło mnie choćby jedzenie serwowane w hotelowej restauracji kilkudziesięciu gościom naraz. Musicie sobie wyobrazić, że nie jest to miejsce, do którego drzwiami i oknami walą hurtownicy i ciężarówki z dostawami – żeby się do niego dostać, trzeba pokonać sporo kilometrach po niezłych wertepach. Starym fiatem seicento raczej tam nie dojedziesz…

No właśnie, jak się tam w ogóle dostać?

hotel2

Przede wszystkim nie ma możliwości, by jakikolwiek turysta przyjechał tam sobie tak po prostu. Na miejsce dociera się specjalnie oznakowanymi jeepami prowadzonymi przez ludzi, którzy posiadają licencje na poruszanie się po terenie rezerwatu. Ci z kolei pracują dla biur turystycznych, zarówno tych miejscowych, jak i wykonując zlecenia dla Europejczyków. Praktycznie wszyscy goście są więc zarazem uczestnikami dwudniowych, trzydniowych (wszystko zależy od preferencji i zasobności portfela) wyjazdów na tzw. safari, w czasie którego wspomnianym jeepem „zwiedza się” sawannę, polując (z aparatem) na zwierzynę. Świetna sprawa, choć nie tania. W polskich biurach jeden nocleg z wyżywieniem w Sarova Lodge, połączony z tą zabawą, to trochę ponad 2500 złotych, licząc za dwie osoby. Kupując to samo u tubylców, często godnych polecenia, około 1000 zł z tej kwoty można zaoszczędzić.

U Kenijczyków nie występuje pojęcie „stała cena”, więc wiele zależy od zdolności negocjacyjnych. I co ciekawe – również od waluty, bo np. euro przyjmują niechętnie. Jeśli nie ma innej możliwości, oczywiście wezmą, ale kurs, po którym to euro przeliczają, rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od największych miast (Nairobi czy Mombasy). Jak sami to tłumaczą, muszą sobie wkalkulować koszt dojazdu do najbliższego kantoru.

Wracając do samego safari – oczywiście można też wybrać się do najpopularniejszego rezerwatu w kraju – Masai Mara. Położonego tuż przy granicy z Tanzanią skrawka Parku Serengeti, ale to już zupełnie inny ciężar gatunkowy. Na miejsce nie dociera się jeepem, tylko leci podnajętą awionetką i w efekcie płaci nie 2,5 tysiąca lecz około 4-5 tysięcy.

Nie wiem tylko czy mają tam Sarova Saltlick Hotel. A to miejsce to naprawdę jest mistrzostwo świata!

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑