(Not) Perfect day, czyli Lou Reed już nie zagra

Opublikowano Październik 28, 2013 | przez Deszczowiec

BXnN41kIgAAsBx2

 

Lata 60. i 70. to w moim odczuciu najlepsza epoka muzyki. Oczywiście lubię czasem sięgnąć po coś bliższego mi czasowo, ale jednak najbardziej lubię słuchać muzyki z tamtych czasów.  A wczoraj umarł człowiek, który był ich symbolem – Lou Reed.

Nie, nie zamierzam pisać nekrologu. Możecie go znaleźć na Onecie. Chcę tylko krótko napisać o tym, dlaczego o jego śmierci ćwierkali na Twitterze David Bowie i Susan Sarandon. Członkowie Duran Duran i Zbigniew Hołdys. Ekipa Coldplaya i Michał Pol.

Bowie, legenda i muzyczny kameleon ćwierknął, że o śmierci Reeda informuje „z głębokim smutkiem”. W sumie trudno się dziwić. Panowie znali się całkiem dobrze, bo w latach 70. trzęśli, wespół w zespół, muzycznym rynkiem na świecie. Bowie dziwacznymi kreacjami Ziggy’ego Stardusta, a Reed mrucząc posępnym głosem piosenki takie jak „Venus in Fur”. Obaj byli wtedy w pierwszej lidze światowej muzyki. Obok Stones’ów, Led Zeppelin czy Lennona.

Chłopcy z Coldpaly napisali krótko: „R.I.P. Lou Reed: founder of Velvet Underground died at aged 71”. On sam pewnie by się na to obruszył, bo nie lubił tego zwrotu. Mia Farrow zaś przypomniała, że Reed był ulubionym muzykiem Vaclava Havla. Obaj znali się zresztą i przyjaźnili.

Zbigniew Hołdys napisał krótko:

Lou Reed odszedł w wieku 71.
Król Nowego Jorku.

No i dorzucił link. Do „Perfect Day”, oczywiście. Piosenki, która Reeda unieśmiertelniła. Także trafiając do ścieżki dźwiękowej genialnego „Trainspottingu”. Pamiętacie ten moment? Renton dał w żyłę i dostał zapaści. Stopił się z dywanem, trafił na ostry dyżur i ledwo wyżył. A w tle Reed delikatnie tkał swoją szyderczą opowieść o idealnym dniu.

 

Michał Pol napisał, że Reedowi niezmiennie najbardziej wdzięczny jest za „Heroin”, a Samuel L. Jackson – last but not least – że muzyka Reeda była muzyką „jego generacji”. I tak dalej, i tak dalej…

Nie będę wam opisywał postaci Reeda, malował jego portretu. Jak pisać o człowieku, którego w czasach młodości rodzice wysłali na terapię elektrowstrząsową, by go „wyleczyć” z homoseksualizmu? Lepiej chyba zrobią to teksty jego piosenek, które pisał dla Velvet Underground. Sporo w tych tekstach dziwek, ćpunów, dilerów i prochów, czyli tego stuffu, który stworzył (obok Woodstocku i JFK) legendę Ameryki lat 60. Reed był po prostu „tym gościem w okularach z zaciśniętymi ustami”. Tu macie fajną jego karykaturę:

BXnI56HCEAEIYK9

Wychowany w gorącym, rozpolitykowanym Nowym Jorku tamtych czasów Reed, wrażliwy ale też bystry obserwator, dobrze znał te klimaty. Opisywał więc po prostu to, co widział. Opisywał to, dodajmy, w sposób bardzo szczery i przekonujący. Choć nie do końca rozumiany, bo Velveci nie osiągnęli takiego sukcesu, jaki powinni byli. Za ostro weszli, wyprzedzili swój czas. Sporo w tym winy także samego Reeda, który prowokował swoją niejasną seksualnością i dziwnymi związkami, w które się pakował. Mimo to, okładkę ich debiutanckiego (!) albumu zaprojektował Andy Warhol. Nieźle, prawda?

A jednak największą karierę zrobił już po rozpadzie VU, już pracując pod własną marką. Wtedy też, w latach 70., powstały jego największe chyba przeboje – wspomniany już „Perfect Day” i „Walk on the wild side”.  Ot, przewrotność losu… Ostatnim jego projektem był nagrany z Metallicą album „Lulu”. Album, nie bójmy się tego powiedzieć, zwyczajnie zły. Nudny, nagrany na siłę, po prostu słaby.

No i wczoraj – koniec. Ten dziwny, szalony gitarzysta w ciemnych okularach więcej nie szarpnie strun. Sięgnijcie po jego albumy. To nie tylko dobra lekcja Ameryki spod kapelusza Wuja Sama, ale zwyczajnie dobra muzyka. O tej ostatniej Reed mówił, że była jego bogiem. Stary cynik chyba ten jeden raz nie szydził.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑