Nowe Z Archiwum X na razie zawodzi. Czy serial nabierze rozmachu?

Opublikowano Styczeń 28, 2016 | przez ZP

x-files-featured

Gdy pierwszy raz usłyszałem, że powstaną nowe odcinki Z Archiwum X, pomyślałem, że to durna plotka, cel bez szans na realizację. Potem, gdy projekt nabierał wiarygodności, wciąż sądziłem, że gdzieś po drodze pojawią się kłody nie do pokonania. No bo jak to, The X-Files, jedna z serialowych ikon lat dziewięćdziesiątych, jedno ze szczytowych osiągnięć telewizji tamtych czasów, nagle z powrotem w 2016? W jakim niby kształcie, na jakich zasadach? Nie, to nie może się udać.

A potem stało się. Orzeł wylądował. Mamy to, leci pierwszy sezon nowej serii, na razie zaplanowanej testowo na kilka odcinków. Przed seansem z zainteresowaniem wszedłem na portal IMDB, którego recenzjom w miarę ufam i byłem w szoku: nota zbiorcza 9.4?! To poziom najlepszych, potentantów, z Grą na Tron na czele.

I wtedy mnie uderzyło, że przecież Z Archiwum X ma papiery na sukces także dziś. Seriale przeszły przez te wszystkie lata gruntowną rewolucję, dzisiaj kręcone są z o wiele większym rozmachem, a już kwestia tego jak powstają fabuły, cały „storytelling”, to zupełnie inna półka. Z Archiwum X jako pomysł, idea, także współcześnie byłby ciekawym materiałem do obróbki dla twórców, a przecież jeszcze po swojej stronie ma potężny kapitał w postaci kultowych Foxa i Dany, całej rozwiniętej mitologii, nie mówiąc o rzeszy wiernych fanów. Tak „Zdecydowanie nie” ustąpiło na rzecz „dlaczego nie?”.

Po nocie 9.4 spodziewałem się The X-Files zaprezentowanego w nowej szacie. Ze znanymi i lubianymi bohaterami, z wyczuwalnym nastrojem dawnych odcinków, ale jednak przystającego do współczesnych wymagań, z dynamiką i kompleksowością jaką odznaczają się dzisiejsze wysokobudżetowe seriale. Te oczekiwania padły szybko, bo dostajemy stare Z Archiwum X z całą jego tamtejszą, by tak rzec, mechaniką. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, bo przecież na takiej konstrukcji serial zdobył światową popularność. Jednak to nie MacGyver i Drużyna A do dziś święcą triumfy, standardy się zmieniają, wszystko poszło do przodu, a The X-Files zamiast skoku w przyszłość stawia na przestarzała formułę.

To podstawowe założenie ma swoje plusy i minusy. Plus jest taki, że „hardkorowi” fani będą usatysfakcjonowani, być może dla nich unowocześnienie byłoby zamachem na legendę. Tymczasem teraz jak w domu poczują się już w drugim odcinku, klasycznym „monster of the week”. Minus jest jednak taki, że wątpliwe, by na tę produkcję skusiło się wielu nowych widzów, przyzwyczajonych do zupełnie innej intensywności. Ci, którzy chcieli świeżości jak ja, również będą kręcić nosem.

Wgryźmy się głębiej. Pilot może odstraszyć: na przestrzeni raptem jednego odcinka wraca po tylu latach osławione Archiwum, Fox Mulder znowu jest w FBI, znowu w duecie z Daną Scully. Jakby nie dość karkołomna była próba zmieszczenia tak obszernego tematu w czterdziestu minutach, to jeszcze zarazem twórcy próbują nowego otwarcia fabularnego. Nowego otwarcia, które wyrzuca za okno wszystko, wokół czego do tej pory kręciła się mitologia Z Archiwum X, a więc wszystkie odcinki o kosmitach. To bardzo, bardzo dużo jak na jeden odcinek i powiedzmy sobie jasno: zostało wyegzekwowane źle. Odcinek pozbawiony jest tajemnicy i subtelności, w której osnuty był serial, starający się zawsze dać furtkę wątpliwościom, a już samych kosmitów stawiający w cieniu, jako nieosiągalnych – to miało swój smak. Tutaj jest toporny sprint, wszystko na tacy, na szybko, sztucznie. Gdy Dana i Fox w drugim odcinku chodzą w garniakach z plakietkami FBI, myśli się tylko: jak to, już? Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic? Twórcy ewidentnie poszlina skróty i choć wiadomo,że przeprowadzić taką reaktywację wiarygodnie fabularnie to cholernie trudna sprawa, tak ta wymówka nie doda nagle jakości obrazowi.

Dużym zaskoczeniem in minus jest to jak gra David Duchovny. Gillian Anderson jest w formie, daje z siebie ile fabryka dała, w konsekwencji Scully jest, owszem, osobą z większym bagażem doświadczeń, bo lata lecą, ale jednak wiesz, że to ciągle ta dawna postać. Ale Fox? Charyzma, pasja sprzed lat, zastąpione flegmą i chrapliwym głosem. Żyjący każdą sprawą Mulder teraz wygląda na znudzonego przesłuchując świadków, a o najbardziej niezwykłych wydarzeniach opowiada jak o wczorajszych zakupach w Walmarcie. Trochę nadziei daje wywiad, w którym aktorzy przyznali, że ciężko im było po tylu latach odnaleźć się w „starej skórze” i pierwsze odcinki były wyjątkowo wymagające. Oby faktycznie się rozkręcili, bo Fox, ulubieniec sprzed lat, który często ciągnął niejeden odcinek tylko siłą swojej charyzmy, póki co jest postacią karykaturą dawnego siebie.

W dwóch pierwszych odcinkach brakuje też humoru, który nie był może główną cechą Z Archiwum X, ale przewijał się regularnie, szczególnie w wypowiedziach Muldera, ale też w całych odcinkach, jak choćby osławiony „José Chung’s From Outer Space”. Tu jednak wstrzymam się z oceną – owszem, do tej pory jest sztywno, z zapowiedzi wynika jednak, że trzeci odcinek odwoła się do tych tradycji X-Files.

Liczby bronią Archiwum, pierwsze odcinki w USA ogląda rzesza widzów. Według mnie jest to jednak nie tyle pokłosie świetnego produktu, co potężnej bazy fanów, która wiernie będzie oglądać do końca. Ja też pewnie będę, ale nie mam wątpliwości: dostajemy produkt, który niby chciałby wielkiego nowego początku, ale który robiony jest w tym samym stylu co dawniej. A skoro tak, to trzeba zestawić ze starymi odcinkami, gdzie wypada blado: póki co to są to niższe stany średnie, a jeszcze z zombie-Mulderem.

Przed seansem zadałem sobie jedno pytanie: ciekawe czy większą ochotę będę miał na kolejne nowe odcinki, czy też na powrót do najlepszych starych. Odpowiedź jest jasna – wolę wrócić do korzeni.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑