O ironii i Housie raz jeszcze

Opublikowano Wrzesień 18, 2013 | przez Gofrey

zlosliwcy

Mój redakcyjny kolega dobrze ujął w słowa coś, co wkurza mnie w ludziach… właściwie odkąd pamiętam. ZP mianowicie zauważył, że co drugi koleżka w wieku od 14 do 64 lat chciałby posługiwać się ostrym jak brzytwa humorem idąc śladami kuśtykającego doktora House’a, najbardziej ironicznego i sarkastycznego pośród wszystkich facetów ze szklanego ekranu.

ZP wychodząc od house’owych złośliwości skończył na dziwacznym, ludzkim dążeniu do uatrakcyjniania wszystkiego dookoła np. poprzez nazywanie poczciwego fryzjera salonem stylizacji fryzur. U mnie myśli galopują w innym kierunku. A mianowicie – czy my czasem nie wywróciliśmy do góry kołami hierarchii wartości dominującej jeśli nie przez wieki, to przez dziesięciolecia?

Mam wrażenie, że pod tym względem zagoniliśmy się do rogu. Tak długo zwodziliśmy, kręciliśmy i kiwaliśmy, że w końcu zadryblowaliśmy się na śmierć, śmierć długą i powolną, w okropnych męczarniach.

Dlaczego ludzie uwielbiają House’a, dlaczego patrzą z podziwem na każdego pyskatego i wyszczekanego, dlaczego największą chlubą jest dla nich celna i szybka riposta w bitwie na słowa? Czy nie powinniśmy tęsknym wzrokiem wodzić za „Watsonem” przy lekarskim Sherlocku, czyli najlepszym przyjacielem House’a, doktorem Wilsonem? Facet do rany przyłóż, miły, ułożony, grzeczny. Nudny? Skąd. Po prostu… dobry. A dziś nikt nie chce być dobry.

Nie wiem, skąd ten kult twardości przy jednoczesnym utożsamianiu „twardości” z „gruboskórnością”. Przecież House w gruncie rzeczy był postacią dość tragiczną. Dogryzał każdemu, obśmiewał, wyszydzał, ale sam nie mógł o sobie powiedzieć: „człowiek szczęśliwy”. I – psia kość – tutaj widzę największy problem. Ludzie… chcą być nieszczęśliwi. Chcą się kreować na nieszczęśliwych. Nie mam pojęcia z czego to wynika, nie mam pojęcia co jest tego przyczyną, ale ludzie chcą uchodzić za takich, którzy całe zło tego świata biorą na swoje barki, a następnie przetwarzają w swoim analitycznym mózgu na niewyczerpane pokłady ironii, sarkazmu i błyskotliwych (w ich mniemaniu) komentarzy.

Mam wrażenie, że na stu ankietowanych w podanym wyżej przedziale wiekowym więcej niż połowa odpowiedziałaby na pytanie „czy jesteś szczęśliwy” jakimś idiotycznym komentarzem wyjętym właśnie z podręcznika „jak nieudolnie sparodiować House’a, gdy chce się iść w jego ślady”. House to symbol, ale jest ich wszystkich więcej. Każdy buc – telewizyjny, internetowy, radiowy – który posiada niewyparzony język jest z automatu ceniony. Może mieć w głowie kefir, siano i fistaszka, ważne że potrafi przypierdolić. A jeśli w dodatku za sarkastyczną maską kryje się wrażliwy indywidualista… Panie, idol, jak się patrzy.

Pierwszy przykład z brzegu – Wojewódzki. Obrazi każdego, zmiesza z błotem dowolną osobę/zjawisko i grupę społeczną po czym czule wspomni w wywiadzie, że wkurza go patriotyzm, bogoojczyźniane pieprzenie i narodowa duma, bo preferuje „Polskę uśmiechniętą”. Facet idealny, przez 23 godziny na dobę szydzi, a potem poświruje sobie rolę zatroskanego sumienia pokolenia. Moja agresja słowna to tak naprawdę rozpaczliwy krzyk o pomoc, bo jestem taaaki nieszczęśliwy.

Tego gatunku jest więcej i więcej. Szczęście? Nie, szczęście to jest dla pizdusiów. Twardziele mają ból doświadczeń, który maskują prześmiewczością. Kurtuazja? Konwenanse to ty pierdol! Miłość? Tak, ale nieszczęśliwa, skutkująca nadużywaniem alkoholu i sarkazmu. Rodzina? Samotni jeźdźcy – jak sama nazwa wskazuje – powinni być samotni.

Pamiętam, jak swego czasu wśród rówieśników panowała moda na rap, hip-hop i „Ósmą milę”. Dzieciaki z dobrych domów chciały być blokersami, dzieci z ogrodzonych osiedli pozowały na uliczników, a w dobrym tonie było mieć na koncie ucieczkę z patologicznego domu, nawet jeśli wychowywało się w rodzinie bogatych biznesmenów.

Miałem wrażenie, że niektórzy przeklinają zły los, który dał im ciepłe łóżko, pełną michę i szczelny dach nad łbem. Powiem nieskromnie – zawsze byłem mądrzejszy i od kołyski doceniałem wszystko co miałem (a miałem sporo), ale patrzenie na rówieśników, którzy chcieliby żeby wychowała ich ulica zajęło mi kilka dobry lat, od podstawówki po liceum. Były ich dziesiątki!

I teraz jest podobnie. Nie mam zbyt wielu problemów, ale się do tego nie przyznam. Muszę pozować na umęczonego, co usprawiedliwi moją zgryźliwość i złośliwość wobec otoczenia. Czy ja, kurwa, czasem nie powinienem chodzić o lasce?

Pomieszanie z poplątaniem. Zamiast grzeczności – bezczelność, zamiast otwartości – arogancja, zamiast „sympatycznego” – „trudny”. Po co? A po co „banany” chciały się utożsamiać z „ulicą”? Jednak nie wszystko da się logicznie wyjaśnić. Nawet do bólu logiczny House miałby tutaj problem.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑