O motywacji w bieganiu

Opublikowano Lipiec 17, 2013 | przez Redakcja

bieganie

Przeczytałem dziś rewelacyjny komiks. Nie znałem wcześniej The Oatmeal, ale po tym, jak narysował swoją historię biegania, zostałem fanem na długo.

Przeczytajcie i wróćcie.

W sumie – po przeczytaniu możecie nie wracać, jeśli wyjdziecie za drzwi i nawiniecie te kilka kilometrów. Jeśli to kogoś nie motywuje, to zrobi to chyba dopiero lekarz przed 40-tką, potrząsając wynikami badań serca.

Kiedy czytam takie rzeczy (a jestem aktualnie w treningu do maratonu i sram pod siebie na myśl o bólu, jaki będzie mi towarzyszył) coraz więcej myślę o motywacji, która realnie mi towarzyszy i która utrzyma mnie na najwyższym poziomie skupienia oraz nie da odejść, kiedy nadejdzie kryzys.

Gdybym miał pokazać w punktach, jak zmieniała się ta motywacja w ciągu lat, wyglądałoby to mniej więcej tak, jak poniżej. Uwaga, jest szczerze, więc mało prestiżowo. Ale nie o prestiż chodzi.

Na początku chciałem, żeby ktoś mnie bardziej szanował. To mało modna motywacja, wiem. Gdybym powiedział, że zacząłem biegać, by być solidarnym z chorymi na raka, pewnie wzbudziłbym większy aplauz. Natomiast prawda jest prosta: kiedy kilka lat temu bieganie było już modne, ale wyniki z Runkeepera nie zalewały jeszcze Facebooka tak, jak dziś, przebiegnięcie tych paru kilometrów mogło wzbudzić czyjś respekt. Po kilku tygodniach przeszło: człowiek przyzwyczaja się do lajków. Chcesz więcej i więcej, dostajesz mniej i mniej. Czego się, zresztą, spodziewałem? Lektyki? Czerwonych dywanów? Nie ma czegoś takiego, jak podwójny szacunek za podwójny kilometraż. To nie przychodzi, nie czekajcie. Jeśli uznajesz, że ludzie lepiej na Ciebie patrzą, bo ugniotłeś butami parę parkowych alejek albo fragment swojej dzielnicy, przygotuj się na powolne hamowanie. To już nie przyspieszy. Może – może! – awans spotka, gdy zrobisz coś naprawdę dużego. Ale dla weekendowych wojowników, amatorów, sufit jest nisko. Na kawie o mnie nie poplotkują. I w sumie dobrze.

Później przez bieganie chciałem być lepszy w łóżku. Tak, dobrze czytacie.Kiedy patrzę na to dzisiaj, widzę oczyma wyobraźni głupka takiego, że instynktownie mam ochotę zmazać z rąk resztki żenady. Niestety, nie da się. Ale te obrazy jestem w stanie sobie przywołać. Ja, las, upał, dramat. Od trzeciego kilometra jedna myśl: blondynka, do której startowałem. Pamiętam też tę mantrę: „Jeśli przebiegnę, jeśli skończę 10 kilometrów, jeśli się nie zatrzymam, będę ją miał”. Nie miałem. Miałem inne i choć wielokrotnie próbowałem odtworzyć motywację seksualną, przekonałem się, że używając do tego biegania stawiam się w pozycji plemiennego szamana. Szaman zaklina rzeczy zupełnie losowe, a deszcz pada niezależnie od tego, czy wypatroszy tego cielaka na schodach świątyni, czy ryby na szczycie świętej góry. W sumie: gadki o seksie przestały działać od razu, kiedy stały się nieskuteczne.

Po pewnym czasie chciałem, podobnie, jak bohater komiksu, móc zjeść wszystko. To słaba – u mnie – motywacja, wyblakła, kiedy pierwszy raz zrobiłem ponad 40 kilometrów w miesiącu i zrozumiałem, że teraz istotnie mogę wepchać w siebie cokolwiek. Naturalną koleją rzeczy jest to, że o problemach z wagą po pewnym czasie zapominasz. To odchodzi, wiesz kiedy, obserwujesz to na kolejnych dziurkach w pasku. Cieszysz się, ale dochodzisz do momentu, kiedy musi się pojawić coś nowego. Szybciej czy później, ale po prostu przestajesz mieć problem.

Aktualnie to, co działa, jest prostsze. Aktualnie chcę po prostu zobaczyć, gdzie się zatrzymam. Aktualnie mam 40-50 kilometrów tygodniowo. Im więcej o tym myślę – a dwugodzinne wybiegania dają na to wystarczająco dużo czasu – tym bardziej doceniam wdzięk i spokój tej motywacji. Wdzięk, bo to pierwszy cel, który chcę osiągnąć wyłącznie dla siebie. Kiedy patrzę na wymienione wyżej punkty, widzę siebie – owszem – ale w lustrze ze wzroku innych. Respekt, seks, kratka – to nie są rzeczy, które robi się dla siebie. To stała pogoń za uciekającą opinią. Można ją dogonić i złapać, jasne. Ale to jak wylewanie wody z dziurawej łodzi: po pewnym czasie lepiej jest naprawić kadłub, niż dymać z wiaderkami.

To patrzenie na przyszłość, szukanie swojej granicy, nie jest jednak dostępne od razu. Ja jestem przekonany, że moja ścieżka nie jest niczym niespotykanym, że 50% osób chce zgubić wagę, a duża część: poprawić swój wizerunek. Nie krytykuję tego, bo wiem, że to w wielu wypadkach niezbędne do startu w podróż, na której końcu są biegi, o których nie myśleliśmy lata temu, że w ogóle będziemy je w stanie pokonać. U mnie na przykład dopiero teraz budzi się duch rywalizacji, a mam ponad 30 lat i powinienem go był jednak czuć także po tym, kiedy skończyłem uczęszczać na WF-y w liceum.

A jednak, gdzieś zniknął.

Znalazł się w trakcie półmaratonu. Na chwilę, na podbiegu, który w mojej kategorii czasowej oddziela na takich imprezach dzieci od mężczyzn. Trenowałem to, wiedziałem, że się przyda. Pamiętam ten moment: odpadł wtedy kolega. Połykając go, a z nim dziesiątki innych zombie, trzymając się sztywno balonika z zapisanym czasem, myślałem: „Mam was”. Ciebie, ciebie, ciebie, ją, jego.

Potem się skończyło: potem wróciłem sam na ulice. Nie umiem motywować się samemu, jestem dla siebie zbyt dobrym człowiekiem. Trzeba mi było sprintów z kolegą, żeby to poczuć ponownie. Metr, dwa, trzy przewagi… Iskra, płomień, ogień.

Kiedyś chciałem te biegi po prostu kończyć. Jeśli dobrze widzę przyszłość, w kolejnych będę już chciał być lepszy, niż inni.

Za rok znów powiem, że to nie było dobre, a prawdziwie motywuje coś zupełnie innego.

Cóż, przynajmniej wiem to już teraz.

Komentarze


Tagi: ,



Back to Top ↑