O nasz Rozmarynie, co się z Tobą stało?!

Opublikowano Październik 20, 2013 | przez Dżordż

 binkowski_500

Fani polskiego boksu olali ostatnio Tomasza Adamka, marzącego, by znów stanąć naprzeciwko jednego z braci Kliczko. Zapomnieli też o Arturze Szpilce, w którym widzą przyszłego mistrza świata. Ba, kibice na pewien czas przestali też pamiętać o jedynym Polaku, dzierżącym pas czempiona – Krzysztofie Włodarczyku.

Ci trzej dżentelmeni zeszli na drugi bokserski plan w kilka minut. Z kibicowskich serc nie wyrzucił ich jednak superzdolny młodzian, który stłukł na kwaśne jabłko na jakiejś prestiżowej gali światową gwiazdę. Nie, Adamka, Szpilkę i Włodarczyka w tyle zostawił sposobiący się powoli do emerytury, 38-letni emigrant z Polski do Kanady, niejaki Artur Binkowski. Jeszcze kilka tygodni temu tego kolesia kojarzyli tylko najwytrawniejsi fani szermierki na pięści. Dziś zna go niemal każdy Polak, nawet ten na co dzień mający sport w głębokim poważaniu.

Sławy Binkowskiemu nie przyniosły jednak ringowe wyczyny ani chociaż nagranie teledysku z innym znanym mieszkańcem Kanady, Brianem Adamsem. Nie, Art został celebrytą w nadwiślańskim kraju z powodu tego oto kilkuminutowego wywiadu:

 

Bez owijania w bawełnę – Binkowski wyszedł w tej rozmowie na głupka roku. Albo i dekady. Sympatycznego, ale jednak kretyna. Wikipedia, źródło tyleż popularne, co niepewne, podaje, że Art studiował psychologię na jednym z uniwersytetów. Wiedza ta każe zastanowić się, czy może ta rozmowa nie jest jakąś wysublimowaną zagrywką z jego strony, jakimś brutalnym żartem obliczonym na zrobienie szybkiej kariery w Polsce. Logika i rozsądek podpowiadają jednak, że tak nie jest i nie ma co szukać w całej tej hecy drugiego dna. Po prostu – nasz „Rozmaryn” jest tak daleki od Mensy, jak bracia Mroczkowie od angażu w hollywoodzkiej superprodukcji.

Głupota, którą bije po oczach w każdej sekundzie powyższego wywiadu, jest o tyle zastanawiająca, że jeszcze jakiś czas temu Binkowski zdawał się być facetem całkiem do rzeczy. Proszę, oto fragment jego wypowiedzi po walce stoczonej z Jessim Tuckerem, 15 marca 2003 roku:

 

Zupełnie inny człowiek, prawda? I nie chodzi mi tylko o to, że miał bujniejszą czuprynę i pełne uzębienie. Binkowski na tym filmie nie bełkocze, wypowiada się całkiem składnie i do rzeczy, z szacunkiem dla rywala.

I tu rodzi się pytanie: co się stało z Artem w minionej dekadzie? Dostał taki wpierdol, że pomieszało mu się we łbie – odpowiedź nasuwa się sama.

Ale czy aby na pewno? Jeśli wierzyć stronie boxrec.com, na której dokopaliśmy się statystyk Binkowskiego, koleś walczył po starciu z Tuckerem, a przed spotkaniem z Krzysztofem Zimnochem, czternaście razy. Dziewięć z tych starć wygrał, dwa zremisował, a tylko w trzech poniósł porażki. Trochę za mało, żeby dostać pomieszania zmysłów, nie sądzicie?

OK, jeśli więc nie ześwirował od ciosów rywali to od czego? Nasuwa nam się kilka odpowiedzi:

a) podczas pięcioletniej przerwy w karierze, między październikiem 2007, a listopadem 2012, Binkowski tak bardzo skupił się na ściganiu wszelkiej maści konfidentów, których tożsamość zdradzali mu kumple z Polski jak i Kanady, że w końcu oszalał.

b) Arta wykończyła tęsknota za ojczyzną. Polak poza granicami kraju jest niezwykle sentymentalny, wiadomo. No więc niewykluczone, że Binkowski tyle razy odtwarzał sobie w domu „Czterech pancernych i psa”, tyle razy śpiewał z innymi znajomymi emigrantami „O mój rozmarynie” oraz kilka innych tego rodzaju hitów, że po prostu pomieszało mu się w głowie od nadmiaru patriotyzmu.

c) chłop ewidentnie nie chciał wracać do Kanady. Może miał tam długi, może znudzili go znajomi, a może po prostu uznał, że niepoważnie jest mieszkanie w kraju, w którym na każdym rogu zapieprzają policjanci na koniach? W każdym razie uznał, że pora osiąść w Polsce na dobre, dlatego już na lotnisku zrobił z siebie publicznie wariata licząc, że zajmą się nim odpowiednie służby. Następnie przejdzie leczenie po którym zostanie zwolniony od czubków i rozpocznie nowe życie w starej ojczyźnie.

d) Binkowskiego poniósł melanż. Ale nie taki trzydniowy, po którym człowiek mało pamięta, a głowa jest wielkości dyni. Chodzi raczej o Imprezę Ostateczną, zabawę regularną, ostrą, w której wszelkie używki występują z taką częstotliwością, jak fotoradary na polskich drogach.

Oczywiście najpewniej jest tak, że każda z tych teorii to bzdura. Niewykluczone, że Binkowski to tak naprawdę erudyta, który każdą wolną chwilę poświęca na rozmowy ze znajomymi o wyższości Platona nad Seneką, a na lotnisku wypadł kiepsko z prostej przyczyny – długa podróż wpłynęła na niego niekorzystnie. Może facet boi się samolotów tak bardzo, jak słynny przed laty piłkarz Dennis Bergkamp? Jeśli tak, wzbicie się w przestworza i pozostanie w nich przez długie godziny, mogły rozbić Arta intelektualnie.

Bardzo łatwo wyobrazić nam sobie taką sytuację: zszokowany lotem przez ocean Binkowski wytacza się z samolotu drżąc ze strachu. Facet jeszcze dobrze nie wącha polskiej ziemi, jeszcze nie zdołał uklęknąć i pocałować jej ze szczęścia, że nie spadł gdzieś do wody, a tu jebut – rzuca się na niego dziennikarska brać. Stres przed kamerami + stres po locie = kompletna dezorientacja, a co za tym idzie gadanie totalnych bzdur.

Tak, po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że to musiało być to, bez dwóch zdań.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑