Walmy cytrynówkę chochlą prosto z garnka, czyli druga część cyklu o akademikach

Opublikowano Październik 7, 2013 | przez Drysus

akademiki

To już nie są te same Kielce, co rok czy dwa lata temu. Odnowione akademiki, zaostrzony rygor, nawet cisza nocna przestrzegana jak nigdy wcześniej. Nie ma już takich przypałów i krzywych korytarzowych akcji jak kiedyś. Sentyment jednak pozostał, wspomnienia również. Cała księga wspomnień. Szczerze mówiąc, przyjeżdżając w zeszłym tygodniu do Kielc zrobiło się nieco dziwnie na sercu. Tak jakoś… ckliwie.

Obraz kieleckiego akademika zachowany w mojej głowie zdecydowanie różnił się od tego, co ostatnio zobaczyłem. Władowali naprawdę grubą kasę w wyremontowanie tej rudery. Niby wszyscy powinni się cieszyć, bo przecież jest czysto, świeżo i pachnąco, ale radości jakoś nie widać. Przynajmniej nie u starszych, bo startujący w studenckim wyścigu pewnie szaleją z radości. Jak dla mnie, to kielecki klimat szlag jasny trafił z pierwszym uderzeniem młota.

Niecodzienny kielecki alkohol

Generalnie Kielce kojarzą mi się z totalną i niczym nieskrępowaną samowolką. Po prostu, „na przypale, albo wcale”. Miejsce, w którym wszystko jest takie… inne. Po prostu, inne. Tam nawet wódka nie smakuje jak w Warszawie czy Krakowie. W ogóle z wódką w kieleckich akademikach wiąże się naprawdę ciekawa historia.

W każdym akademiku funkcjonują tzw. mety. Meta to pokój, w którym dostać można wszelkiego rodzaju alkohol. Są mety z browarami, są z wódą, są i takie ze szlugami (5 złotych za ramę ukraińskich fajek – kupicie gdzieś taniej!?). Kiedyś, ale to już akurat nie w Kielcach, trafiłem nawet na metę… z pączkami. Wprawdzie działała tylko w Tłusty Czwartek, ale jednak była. I można tam było kupić nawet pączki, które jeszcze ciepłe dostarczały z kuchni sympatyczne koleżanki. Poważnie.

Ale wracamy, bo nie o pączkach, a o wódce miało być. I to w Kielcach. Otóż meta z wódą w kieleckim akademcu była wyjątkowo specyficzna. Chłopaki zwozili jakiś brutalnie tani ukraiński/białoruski/ruski spirytus i przygotowywali wódę w 5-litrowych plastikowych baniakach. Dlaczego napisałem „brutalnie tani”? Ano dlatego, że po prostu musiał kosztować grosze, skoro półlitrowa flaszka wódki chodziła za dychę, a po lekkiej podwyżce cena skoczyła do (szok!) złotych dwunastu. 12 zeta za pół litra wódy. Wyższy poziom abstrakcji.

Czy była smaczna? Dało się pić. Koło Finlandii nawet nie leżała, ale spożywalna była jak najbardziej. Trzepała mocno i solidnie, a wadę miała tylko taką, że na drugi dzień niemiłosiernie skręcało bebechy. Taki urok tanich alkoholi. Kto pamięta stare licealne czasy z winiaczami za „czwórkę” nad rzeką, w parku czy pod mostem, ten zrozumie.

Przypomniała mi się jedna impreza na akademikowej wódce wschodniego (wątpliwego) pochodzenia. Musiały to być jakieś urodziny, bo ludzi z zewnątrz było całe stado. Był też Sokół. Gość – legenda. Człowiek, który zaczynając picie w piątek, a kończył w czwartek. Po miesiącu. Nie do zdarcia. Kiedy rano ludzie rozpaczliwie poszukiwali skrawków pamięci i resztek godności, on szukał kompana do skończenia pozostawionej na stole bez opieki flaszki. Nie wiem, co się dzisiaj z nim dzieje, ale moim zdaniem już wtedy był przynajmniej jedną nogą na drugiej stronie. Kiedyś nawet mu to powiedziałem, ale burknął tylko: – Weź nie pierdol. I polej.

Sokół był spoza akademika i naszej wódki wcześniej nie próbował. A że – jak już wspomniałem – za kołnierz nie wylewał, musiało się to źle skończyć. W pewnym momencie, mocno chwiejnym krokiem, poszedł do łazienki. Tak przynajmniej powiedział, ale że dość długo go nie było, poszliśmy go poszukać. Na korytarzu (piętro 4), stało zawsze jedno krzesło. Nie wiadomo po co, ale zawsze tam było. Sokół do niego dotarł i będąc święcie przekonanym, że jest w wymarzonej łazience, przystąpił do akcji. Oczom nie mogliśmy uwierzyć. Nie mam pojęcia jakim cudem sobie to wkręcił, ale bez żadnych hamulców pociągnął spodnie w dół i rozsiadł się na krześle w wiadomym celu.

Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Przynajmniej biorąc pod uwagę poziom jego skupienia i czerwoną jak burak twarz.

Chłopaki z mety niestety zbyt długo nie pociągnęli, bo pewien patafian przyznał się spotkanej na korytarzu kierowniczce, która złapała go z całą reklamówką zapasów, gdzie dostał wódę. Szefowa poszła do pokoju, zastała całą półtorametrową lodówkę zawaloną butelkami czystej (ludzie od mety jedzenie kupowali na bieżąco, bo nie mieli gdzie przechowywać) i kilka baniaków spirytusu pod łóżkiem, więc goście całą trójką polecieli na pysk, a po wódkę trzeba było latać do monopola.

Niektórzy jednak tak uzależnili się od rosyjskich specyfików, że zaczęli zwozić sami i gotować na własną rękę. Pamiętam nawet dwóch takich alkoholików, totalnych degeneratów. Goście robili cytrynówkę i… pili ją prosto z garnka. Serio. Jeszcze ciepłą dmuchali i walili z wielkich chochli. Z kuchni nie wyszli, a już byli najebani. W ogóle smakowe wódki „domowej” roboty w kieleckiej rzeczywistości sprawdzały się wybornie. Salony podpijała oczywiście kaktusówka – ledwie dwa dni roboty (musiało odleżeć) i zieloniutki trunek cudownie łechtał podniebienie…

Holenderskie zioło

Akademikowym centrum jarania na każdym piętrze była kuchnia. Spora, przestronna, z dużym oknem. Człowiek szedł, ogarniał od środka drzwi, żeby nikt nadgorliwy nie wyczuł i jazda. Buch za buchem. Dzięki znajomym kolegi, który był kumplem naszego ziomka, a ten z kolei znał… dobra, nieważne. Generalnie mocno pokręconymi kanałami udawało nam się kupować naprawdę dobry towar. Prosto z Holandii. Nie mam wprawdzie pewności, czy kiedykolwiek widział ulice Amsterdamu, ale był bez wątpienia luksusowy. I zapewniał naprawdę nieprzeciętne doznania. A cena? Równie śmieszna, co przy wódce kieleckiej roboty. Za 3 gramy płaciliśmy ledwie 30 złotych.

Towar, jak wspomniałem, gwarantował naprawdę fajne wrażenia. Pisałem o Sokole, prawda? No, Sokół do wódki był pierwszy, do zioła zresztą też, tylko – na jego nieszczęście – organizm holenderskich specyfików kategorycznie nie tolerował. Kiedyś spróbował i po JEDNYM machu zdążył tylko wymamrotać pod nosem, że „świat mu wiruje i przed oczami jakoś tak mglisto”, po czym padł nieprzytomnie jak długi. Zemdlał po jednym machu. A chłopisko wielkie, więc nie tak łatwo taszczyć go było przez cały korytarz, żeby w pokoju położyć.

Na pocieszenie dla Sokoła – nie ciebie pierwszego i zdecydowanie nie ostatniego tak zmiotło.

Po spaleniu holenderskiego zioła często odbywały się akademickie mistrzostwa w windsurfingu. Na czym polegały? Wiadomo, na śmiganiu na desce. A że deski nie było, a lazurowej wody i kilkumetrowych fal tym bardziej, to trzeba sobie było jakoś radzić. Ekstremalnie spalone i nieskażone trzeźwym myśleniem mózgi wykorzystywały… krzesła. Kończyło się to różnie, czasami ktoś rękę czy nogę sobie przekręcił, ale i tak dowiadywał się o tym dopiero nad ranem, gdy z dzikim okrzykiem bólu witał na powrót swoje zmysły. Bardziej kreatywni zjeżdżali na drzwiach i – jak dla mnie – był to technicznie najlepszy możliwy model „deski”. Trudny do okiełznania, ale dający sporo możliwości. I, wbrew pozorom, sporo bezpieczeństwa, bo jednak zdecydowanie lepiej przyjebać plecami o drzwi, niż poczęstować je schodami. Najgorzej wypadały ramy od łóżek, bo nie dość, że pechowiec (standardowo ten, który jakimś cudem wymigał się od melanżu) musiał później spać na materacu ze sprężynami niemiłosiernie wbijającymi się w kręgosłup, to jeszcze – ze względu na metalową konstrukcję – robiły zdecydowanie najwięcej hałasu.

Tak, to był naprawdę fajny towar… Bez dwóch zdań. Zdecydowanie jeden z najlepszych, jakim miałem okazję się spalić w studenckich czasach.

Cnotliwe akademiczki

Seksualnych szaleństw w kieleckim akademiku… właściwie nie ma. Po raz kolejny sprawdza się więc zasada, że dopiero w naprawdę dużych miastach, po zerwaniu z domowej smyczy, wstępują w laski jakieś erotyczne demony. Zdarzało się oczywiście, że o 9 rano (!) laska tak jęczała pod prysznicem (a wiedzieć trzeba, że w Kielcach jeden kompleks pryszniców przypada na caaaaałe piętro), że potrafiła obudzić całe zmelanżowane urodzinowe towarzystwo, ale były to naprawdę wyjątki.

W akademikach jest względny spokój, nie ma co specjalnie rzeczywistości kolorować. Co innego na „domówkach”. Tam dzieją się rzeczy, które najstarszym filozofom się nie śniły i których nie powstydziłby się żaden Grey o pięćdziesięciu twarzach. Ale to już temat na osobny tekst…

Wspominałem na początku o wyjątkowo przestrzeganej ciszy nocnej po remoncie akademickiego przybytku. Wcześniej też zwracano na to uwagę i przy organizowaniu większej imprezy, zawsze był problem z wprowadzeniem ludzi z zewnątrz. Traktowani byli trochę jak intruzi, zaszufladkowani od razu do grupy wandali i złodziei. Na recepcji patrzyli na nich takim wzrokiem, jakby mieli to wypisane na czole. Co niby wartościowego mieli stamtąd ukraść, poza papierem toaletowym, nie wiem. Co zniszczyć, skoro wszystko było w tak opłakanym stanie, że tylko po pijaku dało się tam z radością mieszkać, tym bardziej. Mniejsza z tym. Problemy były zawsze. Ale było też malutkie okienko w łazience na pierwszym piętrze. Bez wątpienia najbardziej eksploatowane w całym akademiku.

Okno było naprawdę małe. 100-kilogramowe czołgi odpadały w przedbiegach. Prowadziła do niego bardzo prosta (dla trzeźwego) droga: krótki odcinek rynny i wielka, stara, blaszana, odrapana, żółta skrzynka z licznikami. Zdecydowanie łatwiej wejść, niż wyjść, bo przecież jeszcze takiego nie było, co by bez solidnej dawki procentów we krwi do domu wracał.

Wchodzili więc wszyscy, nawet dziewczyny w mini i szpileczkach (ciekawe dlaczego akurat zawsze w facetach budziło się wtedy pragnienie bycia wielkim dżentelmenem…). I tak wprowadzało się ludzi na urodzinowe melanże. 10, czasami 20 osób. Wyjść zawsze można było drzwiami, nie reagując przy okazji na krzyki zdziwionej recepcjonistki („halo, halo, a państwo skąd tutaj? Halo! Wracać!”), ale i tak większość wybierała okno. Po co? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Pewnie dlaczego, że fajniej, ciekawiej, na przypale. Kończyło się różnie. W najłagodniejszej wersji potarganymi rajstopami, a w skrajnych przypadkach skręconą kostką – skakanie z pierwszego piętra w szpilkach nie należy do najłatwiejszych. Nie wiem, nie sprawdzałem, ale tak mówią i jakoś jestem w stanie w to uwierzyć. Sokół też oczywiście wychodził, a później dzwonił wkurwiony koło południa i dopytywał, kto mu głowę rozjebał…

Najłatwiej było w czasach ocieplania akademików, bo nocą rusztowań nikt nie pilnował, więc można było nie tylko włazić bezpośrednio przez okno do pokoju, ale też śmigać po piętrach w poszukiwaniu alkoholu, gdy „źródełko” niespodziewanie wyschło.

Kielce. Bezsprzecznie jedno z najdziwniejszych miast, w jakim miałem okazję pomieszkać. Specyficzne. Jedyne w swoim rodzaju. Pełne niespodzianek i naprawdę zajebistych ludzi. Procent debli jest tam wyjątkowo niski. No, może poza szeregami najbardziej wyczulonej w kraju ekipy mundurowych. Szkoda tylko tego remontu. Klimat gdzieś uleciał, a nawet lodówek do akademików nie wstawili…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑