Odnajdź w sobie doskonałość. I biegaj, mimo mrozów!

Opublikowano Luty 1, 2014 | przez Dżordż

winter-jogging-snow

Dwukrotny mistrz olimpijski z Londyniu Mo Farah wrzucił ostatnio na Facebooka fotkę ze swojego treningu. Pojęcia nie mam gdzie obecnie ćwiczy, ale wiem jedno – jest tam cieplej niż w Warszawie. DUŻO cieplej. Patrzę na Brytyjczyka biegnącego w krótkich spodenkach i robi mi się smutno. Za chwilę też muszę wyjść na dwór, żeby potrenować. W masakrycznych warunkach, a co za tym idzie w zupełnie innym stroju…

Na 2014 mam jeden cel: zejść w maratonie poniżej 3:15. Żeby go zrealizować, trzeba zapieprzać. Regularnie. Długo. Bez względu na pogodę. Czy upał 35 stopni, czy temperatura odczuwalna – 15, biegam pięć razy w tygodniu.

Jeden długi trening w niedzielę (2-2,5 h), we wtorki i piątki dwa w terenie pofałdowanym  (70-75 minut), środa i sobota to zajęcia, które kończę męczącymi rytmami (10×100 m na 90% mocy po uprzedniej godzinie joggingu). Tak wygląda mój plan. Realizowanie go w normalnych warunkach uważam za nic nadzwyczajnego. Biegam bo lubię, więc taki reżim mnie nie przeraża. Oczywiście – do czasu. A właściwie powinienem napisać – do pewnej temperatury.

Granica tolerancji dla mojego organizmu to właśnie odczuwalne – 15 stopni. Kiedy śnieg i wiatr zacinają mi w twarz, kiedy muszę uważać na każdy krok, żeby noga nie uciekła, co może spowodować poważną kontuzję, kiedy zamarzają mi… kabelki w słuchawkach, a na rzęsach pojawiają się kryształki lodu, nie jest dobrze. Naprawdę mam ochotę wtedy stanąć i krzyknąć na cały głos: PIERDOLĘ, NIE ĆWICZĘ!

Nie robię tego z jednego prostego powodu: chęć poprawienia rekordu życiowego w maratonie jest większa niż ból spowodowany mrozem. Daje mi ona siłę, żeby trening po treningu przekraczać swoją granicę wytrzymałości.

Wam również życzę odnalezienia czegoś, co zmotywuje do tego mroźnego, biegowego szaleństwa. Może to być cokolwiek: chęć schudnięcia w celu spodobania się koleżance z pracy albo poprawy kondycji, bo teraz dostajesz zadyszki po wejściu na pierwsze piętro. Nieważne co, istotne, żeby wzbudzić w sobie ogień potrzebny do biegu. Ogień, który będzie napieprzał z wnętrza ciebie tak mocno, że przestaniesz czuć ten cholerny mróz podczas treningu.

Tylko pamiętajcie o jednym: nie chodzi o to, żebyś od razu przebiegł maraton. Albo – co jeszcze trudniejsze – złamał w nim np. granicę 3:30 h. W bieganiu tak naprawdę ważne jest co innego – właśnie przełamywanie własnych słabości. Masz w sobie siłę, żeby mimo tych cholernych mrozów kilka razy w tygodniu wyjść na dwór i potruchtać? No to jesteś zwycięzcą. Bez względu na tempo biegu, twoją wagę, status społeczny czy materialny, bez względu na to czy masz branie u lasek/facetów, czy nie.

Wielu ludziom przy takich mrozach nie chce się nawet wyjść do oddalonego o 100 m od domu sklepu. Tymczasem ty zakładasz jakieś absurdalne, obcisłe legginsy, bluzę wiatroodporną, komin i czapkę na głowę, w efekcie czego wyglądasz jak Crazy Frog i zapieprzasz przez 10 km. To jest i piękne, i niezwykłe i, naturalnie, nienormalne.

Cudownie jest być czasem postrzeganym jako wariat, nieprawdaż?

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑