Opływać w luksusy za szmal rodziców? Dzięki, wolę dorobić się sam

Opublikowano Październik 23, 2013 | przez Drysus

 

zahajs

Noszą naprawdę markowe cuchy, mają luksusowy zegarek, jeżdżą szpanerskim samochodem, postawili brutalnie wyjebaną chatę. Ludzie, którym Wyszło? Nie do końca – ustawili się nie za swoje ciężko zarobione pieniądze, tylko za wypchane Jagiełłami portfele rodziców.

Bogacze, którzy nie dorobili się sami, są wśród nas. Każdy ma przynajmniej jednego takiego znajomego. Obecnego albo z przeszłości – nieważne.

Są to ludzie często nastawieni do świata inaczej od całej reszty. Bez spiny o fundusze, którymi srają na prawo i lewo, przeistaczają się w królów życia. Wydają na własne przyjemności nieprawdopodobne sumy, ale i tak – wierzcie lub nie – wcale im tego nie zazdroszczę.

Oczywiście trzeba na wstępie zaznaczyć, że nie każda osoba szalejąca za majątek rodziców będzie pasowała do nakreślonego przeze mnie modelu. Nie ma szans, bo ludzie są przecież różni. Trend zostanie jednak zachowany, bo że sytuacja świeża nie jest, wiadomo nie od dziś. Dobra, do rzeczy:

Choć zabrzmi to pewnie jak głos zazdrośnika, cieszę się, że na wszystko w swoim życiu musiałem zapracować sobie sam. Szczerze, z ręką na sercu.

Nie dostawałem samochodu od ojca robiącego porządki w garażu przed przyjazdem nowego Cayenne. Nie znajdowałem pod choinką iPada, czy wypasionego laptopa. Znałem w młodości wartość zarobionego pieniądza. I choć strasznie wkurwiają mnie żyjące jak pączki w maśle pijawki pasożytujące na rodzicielskich majątkach, wcale im tego luzu nie zazdroszczę. Dlaczego? Bo z 99% przekonaniem mogę stwierdzić, że będąc na ich miejscu stałbym się dokładnie takim samym burżujem, wywalającym w błoto bez żadnego myślenie setki i tysiące złotych swoich rodziców.

Dziś na szczęście taki nie jestem, bo do wszystkiego dochodziłem w życiu sam. Wiem, ile wysiłku kosztowały w młodości wakacje na leżaczku w ciepłych krajach i z parasolką w drinku. Wiem, ile wysiłku kosztowało zrobienie prawa jazdy, kupno nowego telefonu, czy weekend w Tatrach. Oni nie wiedzą, bo wszystko mieli zawsze podane na tacy. Nie potrafią tego docenić. A jeszcze gorzej gdy swoim zmanierowaniem narzucają się innym.

Najbardziej zmutowany model takiej finansowej pijawki nie przyjmuje argumentów typu: „nie mam kasy”, czy „nie jadę na majówkę, bo odkładam na wakacje”. Dla nich banknot stuzłotowy od dwustuzłotowego różni się tylko kolorem. Nie znają jego wartości, bo nie wiedzą co znaczy pracować i zarabiać. Całe życie dostawali wszystko z marszu. Stówa na melanż? Nie ma problemu. Tysiąc na narty? Proszę bardzo. Nowy laptop? Jasne.

W dupie mam taki dobrobyt. Nie chciałbym taki być. Nie chciałbym umrzeć ze świadomością, że najbardziej spektakularne co w życiu zrobiłem, to spontaniczne kupno, za tatusiną kasę, zegarka za 80 tys. złotych.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑