Tekst krytyczny wobec ludzkości

Opublikowano Czerwiec 7, 2014 | przez ZP

ludzkosc

Są dwie opcje: albo głupieję ja, albo świat dookoła.

Siedzę w knajpie nad morzem, sączę białe wino i widzę, że w 99 % otaczają mnie głąby. Ciągle bluźnią, chleją piwsko na umór, bekają, śmieją się z prostackich żartów beznadziejnych prowadzących Opola (poza trzymającym jak zawsze fason Arturem Orzechem). Przy tym nie zwracają uwagi na ubiór choćby w najmniejszym stopniu. Są rozmemłani do bólu, są już o krok od tego, żeby wyjść do ludzi w obsranych albo obsikanych spodenkach.

Konkretne przykłady? Proszę bardzo:

Dziewczyna spaceruje w topie, z którego wystaje otłuszczony, ohydny brzuch. Chłopak kurwi na prawo i na lewo, nie zwracając uwagi, że obok idzie małżeństwo z małymi dziećmi. Grupa nastolatków jeszcze przed godziną 16 jest tak pijana, że ledwo mogą utrzymać pion.

Ktoś powie, że taki urok polskiego morza, że schamienie z całego kraju przyjeżdża właśnie tu, więc nie ma się co dziwić, iż sprawy prezentują się tak a nie inaczej. Nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy, z jednej prostej przyczyny: mieszkając na co dzień w Warszawie dostrzegam, że to miasto także osuwa się coraz bliżej dna. Najlepiej widać to w każdy weekend, kiedy to z tanich pijalni wódki wytaczają się coraz to nowi jej amatorzy. Licealiści, studenci, przedstawiciele handlowi – wszyscy wlewają w siebie tyle procentów, ile tylko mogą wychlać. Albo i więcej, skutkiem czego koło 1 w nocy miasto robi się pełne agresywnych tumanów szukających zaczepki pod byle pretekstem. Co ciekawe, w ich gronie są też panie – głośne, sprośne, czasem obrzygane.

Nie chciałbym tu jednak spłycać wszystkiego do kwestii alkoholu: to nie jest tak, że tylko za jego pomocą ludzie zmieniają się w dziwaczne bestie. Nie, nie o to chodzi, sęk w tym, że po prostu dzisiejszy człowiek ma mniej ogłady niż chociażby pokolenie jego dziadków.

Kiedyś nie do pomyślenia byłoby, żeby publicznie kląć jak szewc. Dziś to normalka. Dawniej zdecydowana większość przechodniów przejmowała się strojem jaki pokaże reszcie ludzkości, teraz ludzie mają swój ubiór głęboko w poważaniu. W przeszłości kłótnie bywalców kawiarń miały jakiś poziom, sprzeczano się na temat poważnej literatury czy filmu, teraz ludzie potykają się o to, co zjeść jutro na śniadanie, ewentualnie debatują w temacie wyższości Dody nad Margaret i odwrotnie. Banał wylewa się każdymi drzwiami, atakuje ze wszystkich okien.

Co to są za czasy, do cholery!

Nie mówię, że chciałbym, aby całe społeczeństwo chadzało we frakach lub surdutach spędzając czas w balecie i operze. Nie, zdaję sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, ale czy skoro jako ogół nie jesteśmy intelektualistami, znaczy to, że musimy od razu być idiotami, zachwycającymi się gównianymi piosenkami typu „Bałkanica”? Czy nie możemy po prostu wpasować się gdzieś pośrodku i trzymać jako taki poziom? Nie pierdzieć w miejscach publicznych, nie zaczepiać innych, nie chodzić w poplamionych od kebaba, przepoconych koszulkach, nie rozkręcać na wakacjach muzyki tak głośno, żeby inni nie mogli spać. Czy ja wymagam aż tak wiele?

Z drugiej strony zaczynam się zastanawiać nad czymś innym: może to ja przesadzam, może świat nie jest wcale taki tragiczny? Może to wszystko kwestia moich oczekiwań – zdecydowanie zawyżonych, nieadekwatnych do poziomu przeciętnego człowieka? Może powinienem odpuścić, machnąć ręką, nie przejmować się rzeczywistością wokół i stwierdzić, że baranów nie brakowało od zawsze, że dominowali oni świat odkąd człowiek sięga pamięcią, że przetrwaliśmy tylko dlatego, że zawsze znajdowała się nieliczna, ale genialna grupa osób, która to stado umiała sobie tylko znanymi sposobami ujarzmić?

Nie mam pojęcia, wiem za to co innego – im jestem starszy, tym mniej rozumiem współczesnego człowieka. I, niestety, tym gorzej czuję się w jego towarzystwie.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑