Pacjent-idiota. Żywiciel szpitalnego potwora

Opublikowano Sierpień 30, 2013 | przez Drysus

medyk_640x0_rozmiar-niestandardowy

Nienawidzę szpitali. Jak mam tam iść, to momentalnie czuję się sto razy bardziej chory. Właściwie to zawsze wychodząc potrzebuję większej pomocy niż wchodząc. Pomocy psychiatry. Pomijam już 8-godzinne ślęczenie w kolejkach po pięciominutowe konsultacje i pseudo-specjalistów, którzy na każdy rodzaj bólu każą robić zimne okłady i „oszczędzać nogę” – nie o tym ten tekst. Najbardziej wkurwiacie mnie wy – pacjenci.

A konkretnie ci z was, którzy każdorazową wyprawę  łączą nieodzownie z ekstra kasą dla lekarza/pielęgniarki/sprzątaczki/ochroniarza/kierowcy karetki i kogokolwiek, komu tylko można dać w łapę. Każdy wie, jak to funkcjonuje. W mojej rodzinie i wśród znajomych zdarzało się to wielokrotnie i choć za każdym razem tłukę im do głowy, że to idiotyzm – mają mnie gdzieś.

Idzie jakaś Kryśka do szpitala. Na dobry początek kupuje więc koniak dla ordynatora (jeśli operację wykona inny lekarz koszty automatycznie lecą w górę). Z wyższej półki oczywiście. Nie jakieś siki z Lidla, nie byle Park VS za 130 zł, tylko co najmniej Hennessy za 400 zł.

Co z tego, że wypłaty 1600, przecież „nie wypada” gorszego.

Zaaferowana Kryśka, wysyłając męża/syna/córkę w celu załatwienia delikatnej sprawy, może napotkać pierwszą przeszkodę. Szanujący się lekarz (o ile w ogóle w przypadku ścierwa biorącego łapówkę możemy mówić o szacunku) często nie przyjmuje prezentów.

– Proszę to schować, proszę mnie nie obrażać! – mówi.

Po czym dodaje:

– Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby operacja przebiegła bez żadnych komplikacji i pani Krystyna jak najszybciej wróciła do zdrowia.

„Bez żadnych komplikacji „ – czyli wiadomo, koperta. Tę przyjmuje bez wahania. Zwija z biurka i grzecznie dziękuje. Dopiero od tego momentu zaczyna traktować naszą Krysię z należytą uwagą, zapewniając jej swoje lekarskie usługi na najwyższym poziomie.

To niestety nie koniec problemów pacjenta. Lekarz przecież nie będzie ciągle latał koło Krysi. Ale pielęgniarka owszem. Na szczęście one są tańsze. Stówa i po sprawie. Kupuje więc w Carrefourze najdroższe czekoladki jakie kiedykolwiek widziała i leci „z góry podziękować za opiekę i pomoc”.

Sami kreujemy chorą rzeczywistość. Mój wyjątkowo wąski w tym temacie umysł nie jest w stanie tego pojąć, ale coś tu chyba jest nie tak, skoro płacimy ludziom za wykonane przez nich OBOWIĄZKI! Tak. Otóż pieprzonym obowiązkiem pielęgniarki jest poprawienie pacjentowi poduszki, pomoc w dojściu do łazienki, albo podstawienie cholernej kaczki, jeśli nie może się ruszać. Identycznie z lekarzem – jego zasranym obowiązkiem jest porozmawianie z Krysią, zlecenie badań i przeprowadzenie zabiegu. Taki ma zawód, sam taki wybrał, za to dostaje pieniądze.

Szczerze? Chociaż autentycznie gardzę tymi ludźmi, nie do nich mam największe pretensje. Bez wchodzenia w szczegóły:

– miesięczna wypłata: 2000 zł
– 5 ekstra opłaconych operacji: kolejne 2 koła
– mniejsze zlecenia (recepty, skierowania, zwolnienia, etc.): tysiąc.

Nie biorę pod uwagę m.in. przyspieszania terminów poważniejszych operacji, bo wtedy cennik z wielką gracją skacze po tysiącach.

Zamiast podstawowych dwóch – pięć koła miesięcznie. Kalkuluje się? Całkiem nieźle. A że zarobione w sposób uwłaczający jakiejkolwiek godności? „Wszyscy tak robią” – słyszę ciągle.

I w tym krótkim zdaniu temat się zamyka.

– Wszyscy tak robią, więc i ja muszę.

Ale po cholerę!?

– Bo jak nie dam, to lekarz mnie zabije na stole.

Gówno prawda. Lekarz też człowiek. Jak będzie miał popełnić błąd, to i tak go zrobi. W medycynie często w grę wchodzą milimetry, czynnik ludzki jest decydujący i żadne 500 złotych tego nie zmieni. Ale nasza Krysia wie oczywiście lepiej. Ona dać musi. I przez nią dają inni.

Wyobrażacie sobie, że kurier przynosi wam do domu paczkę, ale żeby ją dostać, musicie odpalić mu dodatkowo 50zl?

Albo że robicie zakupy w Biedronce, ale za ich skasowanie trzeba postawić kasjerce flaszkę?

Tyleż to durne, co absolutnie nieodrealnione.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑