Palił, chlał, lubił cycki, ale się zmienił. Twierdzi, że w zakonie mu lepiej, a ja w ten sposób straciłem kumpla

Opublikowano Lipiec 3, 2013 | przez Limonow

Monks-drinking-wine-at-Bu-001

Siedzieliśmy skuci jak prymitywy, bełkocząc, nierówno sapiąc ze zmęczenia po całonocnej libacji. Przybiliśmy piątki i usłyszałem coś, co odebrałem jak typowego suchara i momentalnie wyrzuciłem go z głowy. Kapnąłem się po kilku tygodniach, że to jednak nie żarty, kiedy kontakt się urwał. Telefon nieaktywny, brak konta na facebooku. O naszej-klasie nawet nie wspomnę. Uciekł, umarł, został wspomnieniem. Mój stary druh z melanżu… Odnalazłem go przed kilkoma dniami, bo dostał siedmiodniową przepustkę z zakonu.

I jak bumerang wróciły jego pamiętne słowa:

– Nie umiem ci tego wytłumaczyć, to skomplikowane, ale idę do zakonu.

Bum. I retrospekcja:

Wlew bez dna, płuca zapchane jak u górnika z pylicą. Dusza towarzystwa, napinacz, koneser amerykańskiego rapu. Bluza „PROSTO.”, XXL. Jednego dnia okładał gimbusów, tłukących butelki w parku, gdzie lubił siedzieć, drugiego… ścierał się z cyganami. Machając nożem, bluźniąc, odstawiając szopkę.

Zanim go bliżej poznałem, miał u mnie duży szacunek. W wyobraźni widziałem go z korwinowską muchą na szyi i cygarem w japie. A teraz stał przede mną w koszuli farmera. Po roku bez ani jednego sygnału. Jezuita, a nie melanżownik.

– Ciachniemy coś? – wydukałem zmieszany.
– Nie, chciałbym, ale mam anginę ropną – odparł, a we mnie odrobinę odżyły nadzieje. Nadal reagował umiarkowanie pozytywnie na gaz…
– Ale palić też pewnie nie możesz?
– Od roku nie.

Skończyło się na herbacie.

Kurwa. Nasze pożegnanie z 2012 roku miało swoją wymowę. Whisky, czerwone Lucky Strike – po paczce na łeb.

A on się zaszył i wszystkie atrakcje wyjebał z grafiku. Pstryknięciem palców. Nawet tego całego rapu nie słuchał. Dostęp do kompa ma raz w miesiącu. TV? Oglądał, owszem, jak wybierali papieża.

– Tak, jestem szczęśliwy.

Powtarzał to z niezmiennym uśmiechem. Zadowolony, odcięty od życia, kumpli.

– Nie, nie jestem samotny. Tak, jestem szczęśliwy, naprawdę.

Jezu – pomyślałem, wzywając go nadaremno. Wszystkie te hasła gwałciły moje wyobrażenie o świecie. Pytałem o zainteresowanie dupami, gadżetami, o hajs, którego tam nie ma, bo w zakonie nie przysługują im prywatne „budżety”. I znów wróciłem do lasek, docinałem, drążyłem. Odparł, że czasem jak ruszy na zakupy, to oczy lecą. Ale w sumie to nie wolno i później musi się modlić. I skwitował, że celibat go nie dołuje. I że wytrzyma.

– I nadal jestem szczęśliwy.

W tej sytuacji to ja nie wytrzymałem.

– Co ty pierdolisz!?

I wtedy pojawił się przede mną w starej oprawie. No, nie do końca, bo w co drugim zdaniu „kurwa” podmieniał na „kurka”. Słowa „ziomek” już nie używał. Ale w wypowiedzi pojawiły się gesty, to samo bystre spojrzenie. Jakby poszukujące zaczepki, drogowskazu, gdzie mamy ruszyć na chlanie. Zero religijnej zamułki. Jakby coś z niego wyskoczyło. Pomyślałem: – Lecz się, musimy się napić!

Zanim to wybełkotałem, sam pierwszy postawił mnie do pionu.

– No, na mnie już czas. 23:00, a wstaję o 5:00, modlitwa jeszcze zajmie mi z 45 minut, a trzeba się trochę wyspać. Nie przyjechałem tu wypoczywać, od rana znów Biblia.

Moje nadzieje prysły jak bańka mydlana. Odwrócił się na pięcie, poklepaliśmy się chwilę po plecach i wieczór dobiegał końca. Więcej go nie zobaczę. Przynajmniej do 2014, kiedy przyjedzie i znów narobi mi nadziei, że jest w nim stary duch.

Mam poczucie, jakby w zasadzie przestał istnieć. Niedostępny dla ludzi, tych nawet najbliższych. Czasem wyśle komuś list. Mnie nawet nie miał gdzie, bo przeprowadziłem się do Warszawy, kiedy sam zbiegł z Polski C. Patrzyłem na niego i dochodziłem do wniosku, że ludzie w tych klasztorach, zakonach i kościołach nie są aż tacy źli. Choć nadal był jak szarlatan, trochę jak Anakin Skywalker po czmychnięciu do obozu Sithów. Brakowało tych bluzgów, tej beki, tych bezczelnych docinków. Gadania o sraniu, rzyganiu, ruchaniu…

O tym spotkaniu myślę do dziś i nadal nie wiem, co kieruje takimi jak on. Jestem za to pewien, że ich siła to inspiracja, nawet dla mnie. Nie wiem, co zrobiła z nim ta popieprzona polska muzyka, ale „Mogę wszystko” od WWO chyba lubił posłuchać. I faktycznie, może wszystko. Podziwiałem, drążąc:

– Słuchaj, żeby ci wytłumaczyć moje powołanie, musielibyśmy biwakować ze dwa tygodnie. Trzy 0,7l by nie wystarczyły. Ale kiedyś może jeszcze powalczymy – ukrócił.

Tak, to był on. Nie był chory na głowę, pozostał sobą. A ostatnie, co od niego usłyszałem, było bardziej optymistyczne niż słowa „idę do zakonu” przed rokiem. Teraz zakończył na: – Polazłem tam, bo ktoś cię musi kiedyś pogrzebać. Do zobaczenia.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑