Paliłem trawę na Marszu Wyzwolenia Konopii

Opublikowano Maj 27, 2013 | przez Diabeu

2013-05-25 18.06.41
Kilka tysięcy ludzi przeszło w sobotę ulicami Warszawy w ramach dziesiątego już Marszu Wyzwolenia Konopii. Domagali się, rzecz jasna, legalizacji marihuany. W powietrzu unosiło się tyle dymu, że mogło zakręcić się w głowie.

Na tegoroczny Marsz Wyzwolenia Konopii wybrałem się przede wszystkim z ciekawości, ale też dlatego, że generalnie popieram całą inicjatywę i uważam, że marihuana powinna być w Polsce legalna. I to z wielu powodów. A już na pewno nie powinno karać się za jej posiadanie. Chociażby dlatego, by panowie policjanci nie mieli zbyt wielu pretekstów do podbijania statystyk i na poważnie wzięli się za uczciwą pracę, zamiast uganiać się po krzakach za ludźmi, którzy mają w kieszeni pół grama i chcą sobie po prostu zajarać. Umówmy się: jesteśmy, kurwa, dorośli i podobno wolni, więc nikt nie powinien nam mówić, co wolno, a co nie.

Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna, co doskonale można było zaobserwować na marszu. Już na dwie godziny przed jego oficjalnym rozpoczęciem w miejscu zbiórki, czyli pod Pałacem Kultury, pojawiło się bardzo dużo stróżów prawa w pełnej gotowości i z oczami dookoła głowy. Chodzili tylko i patrzyli, komu by tu dojebać. Na zasadzie wizualnej selekcji wyłapywali potencjalnych uczestników i ich spisywali, a w skrajnych przypadkach kazali otwierać plecaki i zaglądali do środka.

Bo przecież ci wszyscy ludzie przyszli tam po to, żeby PALIĆ MARIHUANĘ, więc trzeba ich zamknąć w więzieniu!

2013-05-25 18.41.00

Jestem uczulony na policję, więc ten widok strasznie mnie brzydził, tym bardziej, że w większości przypadków naszym wspaniałym stróżom prawa coś ewidentnie biło z oczu, ale raczej nie była to inteligencja. Bardziej skurwysyństwo. I niech mi ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że „oni tylko wykonywali swoją pracę”.

Impreza została kompleksowo obstawiona przez strażników sprawiedliwości, ale normalnym ludziom wcale nie przeszkodziło to w dobrej, choć całkowicie n i e l e g a l n e j zabawie. Czyli w paleniu zioła w miejscu publicznym. I choć początkowo pojawiłem się tam jako bierny obserwator, bardzo szybko zostałem aktywnym uczestnikiem. Jeden gość w tłumie podał mi blanta, ściągnąłem trzy szybkie machy, a jego materiał był na tyle dobry, że na mojej twarzy momentalnie pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Atmosferę, która od dłuższego czasu unosiła się w powietrzu, poczułem wtedy na własnej skórze.

Było zajebiście. Nie dlatego, że udało mi się zajarać dobrym shitem niemalże na oczach policjantów. Bardziej dlatego, że poczułem się, jakbym odwiedził zupełnie inny kraj. Jakbym teleportował się do centrum Amsterdamu; takiego, w którym brakuje tylko dziwek na wystawach i Murzynów próbujących opchnąć turystom kokainę. Na moment poczułem się wolny, bo mogłem przejść ulicami stolicy w oparach THC, w akompaniamencie głośnej muzyki (to nic, że czasami mocno chujowej) i towarzystwie wyluzowanych, dobrze nastawionych ludzi. W głębi duszy czułem jednak, że to tylko bańka mydlana, która zaraz pęknie, nie zostawiając po sobie śladu.

Uprzedzając ewentualne pytania: tak, na Marszu Wyzwolenia Konopii ludzie jarają trawę. Oczywiście nie wszyscy, bo w sumie było ich tam kilka tysięcy, ale na pewno bardzo dużo. Tyle że nie dla wszystkich kończy się to dobrze. Ponad 60 osób zostało złapanych przez policję i kończyło ten dzień na dołku, z wyrokiem w drodze. Na własne oczy widziałem kolesi zawijanych do radiowozu. Ale wszystkich nie dało się zawinąć, bo było to po prostu niewykonalne. Ci, którzy potrafili dobrze wtopić się w tłum, szli dzielnie do samego końca, świecąc przekrwionymi oczami i skandując „sadzić, palić, zalegalizować” – tekst, który jeszcze na kilka godzin po zakończeniu marszu wybrzmiewał w mojej głowie.

2013-05-25 16.48.30

Marsz zakończył się pod sejmem na ulicy Wiejskiej, gdzie do późnych godzin wieczornych trwała manifestacja na rzecz depenalizacji marihuany. Bo o całkowitej legalizacji chyba nikt jeszcze w tym kraju nawet nie marzy. Na scenie, której rolę pełnił w tym roku czerwony, piętrowy autobus, pojawili się m.in. Janusz Palikot, Ryszard Kalisz, Kamil Sipowicz czy zapłakana matka chłopaka, który za posiadanie marihuany odsiaduje właśnie wyrok w pierdlu. Wypowiedzi każdej z tych osób były bardzo emocjonalne i często rzeczowe. Mówili, że trzeba szanować wolność jednostki, że rząd nie może represjonować obywateli, i że za parę lat marihuana będzie legalna, a policjanci będą dawać nam ognia.

Najwięcej racji miał chyba Janusz Korwin-Mikke, który już na samym początku swojego wystąpienia powiedział zgromadzonym: „nie bądźcie naiwni, rząd niczego wam nie zalegalizuje”. Smutny, ale prawdziwy wniosek. Jeszcze sporo czasu musi minąć, by w tym kraju… zapachniało normalnością.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑