Pięć irytujących zachowań właścicieli gastronomii

Opublikowano Luty 8, 2015 | przez lucky bastard

03-angry-customer.w529.h352.2x

Budę z kebabem albo hot-dogami, spelunę z pizzą z mikrofali, generalnie tak zwaną gastronomię może mieć dziś każdy, kto tylko sobie to wymyśli, uzbiera parę groszy i będzie miał ochotę użerać się z niekończącą biurokracją. Później dopiero pojawi się pytanie, czy ten lokal sobą cokolwiek prezentuje. Bywa różnie. Jeździłem ostatnio trochę więcej po kraju, poza znane sobie miejsca, i niestety utwierdzam się w przekonaniu, że gdzieniegdzie jest wręcz całkiem słabo. Parę dni w podróży i wcale nie czepiając się na siłę ułożyłem prywatną listę irytujących zachowań i zjawisk.

1. Absolutny brak pojęcia

Jeśli w całym kraju mamy dziesiątki, może setki tysięcy knajpek i restauracji, to zwykłe prawdopodobieństwo mówi, że przynajmniej część właścicieli nie zna się na tym, co robi. Jak to w każdej branży – partaczy nie brakuje i nawet jeśli są w mniejszości, nie zawsze da się ich ominąć. Niestety, powstają z tego scenki jak z „Kuchennych rewolucji”. Ludzie wymyślili sobie biznes i polegli. Myśleli, że to łatwe, bo gotować umie każdy – wystarczy zatrudnić dwie kelnerki i kucharza.

Wielu z nich, co gorsza, sili się na oryginalność i serwuje kuchnię „ściągniętą z internetu”. Charakterystyczną dla kraju, w którego nigdy nie odwiedzili, którego kuchni nie próbowali. Nawet produktów stamtąd nie sprowadzają, ale nie przeszkadza im to – tak na oko – odtwarzać unikalne smaki. Zamiast zrobić coś swojego, co naprawdę potrafią i na czym nie polegną.

W taki sposób powstają największe kulinarne potworki.

2. Brak dbałości o szczegóły

Są też tacy, którzy na samym przygotowaniu potraw znają się całkiem dobrze, tylko dla odmiany brakuje im tzw. pomyślunku. Jedzenie – bardzo dobre, ale w zakamarkach – syf, kiła i mogiła. Na przykład – toaleta. Brudna, jakby przez trzy dni nikt z obsługi do niej nie zaglądał. Albo niedomykające się drzwi, przez które do środka tak wali chłodem, że trzeba zmieniać miejsca.

Jak można mieć aż tak mało wyobraźni, by nie poczuć, że w lokalu jedzenie to nie wszystko? Że jak klient widzi uwalony kibel, to równie dobrze może się obawiać o czystość w kuchni, w której robi się jego obiad. Że może dostać najlepsze frykasy w przyzwoitej cenie, ale jak po poprzednim gościu nikt mu nie pościera stołu, przez co rękaw lepi się do blatu, to zje, wyjdzie i więcej już nie wróci. Bo sukces tkwi nieraz w tych drobnych szczegółach, a nie tylko w smaku na talerzu, prawda?

3. Upierdliwa grzeczność i usłużność

A skoro już o smaku mowa… Też tak macie, że do szewskiej pasji doprowadza was przesadna grzeczność niektórych kelnerów i właścicieli? Podchodzenie non stop do stolika z pytaniami: „Czy wszystko dobrze? Ale czy na pewno smakuje? Czy państwo zadowoleni?”.

OK, trudno być zwolennikiem wersji, w której kelner rzuca talerz na stół i odwraca się na pięcie. Jednak każda grzeczność ma swoje granice, po przekroczeniu których zaczyna być upierdliwa. Zwykle dotyczy to tzw. „lepszych restauracji”, gdzie nieraz do klienta podchodzi się jak do niepełnosprawnego. Sytuacja przypomina tankowanie na stacji benzynowej albo zakupy w Rossmannie. Przyjeżdżasz po konkretny produkt, wybierasz go sobie, a pani za ladą i tak będzie wciskać ci powiększonego hot doga. Ewentualnie żel do higieny intymnej w promocji dwa za jeden. Lubię, kiedy ta granica nie zostaje drastycznie przekroczona, bo zwykle sam wiem co przyszedłem kupić, a jeśli mi nie smakuje, jeśli danie będzie skrajnie nie w porządku – to również się upomnę. Nie trzeba pytać co pięć minut.

4. Królowie zamrażarek i mikrofali

Wszyscy wiedzą o co chodzi. Zdarza się, że wchodzisz do restauracji, dostajesz do ręki kartę, a tam w menu 358 zupełnie różnych dań z tysiącem składników, które przecież powinny być świeże. Nie da się w jednym miejscu robić wszystkiego… No, chyba że owe „wszystko” od miesiąca leży w zamrażarce i tylko czeka na swoją kolej. Pierogi ruskie? Proszę bardzo – ciach do mikrofali i gotowe. Pizza? Ciach do mikrofali – zaraz ciepła. Takich hochsztaplerów bardzo łatwo wyczuć. Właściwie, każdy głupi umie stwierdzić czy je coś świeżego, czy odgrzewanego. Niestety można to zweryfikować dopiero po złożeniu zamówienia.

5. Brak elastyczności

No właśnie, składam zamówienie. Mówię, że chciałbym sałatkę X, ale bez produktu Y. Ewentualnie zamienić Y na Z, ale od kelnera słyszę, że się nie da, bo „w naszym lokalu serwujemy tylko to, co w karcie”. Halo, jak to tylko to, co w karcie? Jeśli danie jest świeże i przygotowane na bieżąco, to powinno się dać zrobić wszystko, prawda? Choćbym poprosił pizzę w ogóle bez sera, dla kucharza przygotowującego ją od podstaw jest to wykonalne. No, chyba że znowu – moja porcja już od dawna jest gotowa albo czeka w formie półproduktów.

Drugi element braku elastyczności, który na szczęście zdarza się już coraz rzadziej, głównie na peryferiach i w przydrożnych barach, to hasło „nie mam drobnych, może pan rozmienić?”. Dobrze wiecie o co chodzi – kto tak nigdy nie miał, ręka w górę. Niestety, kompletnie nie mieści mi się w głowie, jak właściciel może powiedzieć klientowi, żeby załatwił sobie drobne, a dopiero później on łaskawie sprzeda mu usługę.

Jeśli ktoś się poczuł urażony – niepotrzebnie. Jeśli pomyślał, że uogólniam – oczywiście. W dziesięciu lokalach, które odwiedzicie (zwłaszcza w dużych miastach, w tzw. modnych miejscach) żadna z tych kwestii może wam się nie przytrafić… Ale pójdziecie do jedenastej i w końcu się zdarzy. No i tyle. Tak wygląda moja piątka. A wy, macie jakieś własne spostrzeżenia? O czymś zapomniałem?

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑