Pierwszy polski Mc Donald’s właśnie padł. Wspominamy związane z nim anegdoty

Opublikowano Wrzesień 30, 2014 | przez ZP

277527

Ta informacja wstrząsnęła mną chyba nawet bardziej niż zdjęcie z anteny Polsatu prowadzonego przez Zygmunta Chajzera kultowego „Idź na całość”. Oto już od jutra u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej nie będzie można kupić hambuksa z Mc Donalds’a, albowiem usytuowana tam od ponad dwóch dekad restauracja przestaje istnieć. Szok, skandal, niedowierzanie.

Pierwszy raz pojawiłem się w niej jako 10-letni brzdąc, w wakacje. Tata jeździł z Płocka do Warszawy ubijać jakieś interesy i przy okazji zabierał znużonego wakacjami dzieciaka na fast fooda. Człowiek całe 1,5 h podróży paplał z ojcem o tym i tamtym, ale tak naprawdę czekał tylko na jedno: żeby kupić hamburgera, cheesa, frytki i colę. Chryste, jak to smakowało! Jeśli cokolwiek mógłbym porównać do dorosłego orgazmu, to właśnie tamte chwile uniesienia podczas spożywania pyszności z MD.

W legendarnej knajpie pojawiałem się też często jako dorosły chłopak a konkretnie student. Jak cofam się myślami do tamtych czasów, przypominam sobie, że trzykrotnie przeżyłem w niej prawdziwy szok:

1) Pijana w sztok dziunia, która załatwiła się przed 23, obciągała laskę jakiemuś kolesiowi w rogu górnej sali. W tym czasie było w niej mniej więcej tyle osób na meczu Polska – Serbia na Stadionie Narodowym, ale dziewczynie zupełnie to nie przeszkadzało. Układ nerwowy godny strzelca gola z karnego w finale piłkarskich mistrzostw świata, duży szacun.

2) To tu spotkałem chyba najładniejszą kobietę ever. Wygląd na poziomie 20-letniej Moniki Bellucci, słowo daję. Był to jeden z nielicznych momentów w moim życiu kiedy to odważyłem się zagadać do obcej dziewczyny. Pamiętam go nie tylko ze względu na jej urodę, ale i długość konwersacji.

– Cześć, jesteś bardzo ładna…

– Nie jestem zainteresowana.

Pif-paf, Usain Bolt jeszcze nie dobiegłby do trzydziestego metra, a ona już mnie odpaliła. Duży szacun x2.

3) Siedzę sobie z kumplem, który był wegetarianinem odkąd pamiętam. Jemy cheesy, pijemy sprite’a, gadamy. Chwila, co jemy?! Przecież on nie wpieprza mięsa!

– Co się stało? – pytam zaaferowany.

– No, chyba stałem się ofiarą masowej popkultury – odpowiada spokojnie i dalej masakruje swoją bułę.

Tak naprawdę najciekawsze rzeczy działy się jednak nie w samej restauracji, a w jej okolicy. Kto nie mieszkał nigdy w Wawie, ten raczej nie wie, że naprzeciwko Mc Donalds’a usytuowany był legendarny, podziemny klub Underground, czyli imprezownia, która nie brała jeńców. Piło się tam i tańczyło na 102 fajerki, a po wszystkim człowiek zaspokajał gastrofazę w MD właśnie. Oczywiście wejście do knajpy było zamknięte, fast fooda kupowało się więc tylko w okienku wokół którego gromadziły się kolejki dłuższe niż Wielki Mur Chiński.

Czy muszę dodawać, że dochodziło w nich do absolutnie wszystkich możliwych patologii?

Rozpadały się tam pary – kiedyś widziałem jak nawalona w trzy dupy dziewczyna rzuciła chłopakowi w twarz:” jesteś pizda, wolę Czarka!”, po czym zaczęła się z kimś ostentacyjnie lizać, zakładam, że był to ów Cezary właśnie.

Studenci tracili dobytek życia – moim zdaniem na rogu Marszałkowskiej i  Świętokrzyskiej skrojono więcej portfeli niż wyprodukowała firma Wittchen i taką liczbę komórek, jakiej nigdy nie wypuściła na rynek Nokia.

Ludzie zyskiwali motywację do zewnętrznych przemian – nic tak nie mobilizuje człowieka do odkładanej od miesięcy wizyty u stomatologa, jak wybity ząb.

Ech, było bajkowo, ale się skończyło. Szkoda, że w tym legendarnym, pełnym wspomnień miejscu powstanie kolejny biurowiec…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑