Pijacka tinda trwa w najlepsze. Czy pokolenie współczesnych 20-30 latków jest już stracone?

Opublikowano Lipiec 23, 2013 | przez Dżordż

drunk

To już dawno przestało być smakowanie alkoholu. Picie zamieniło się w chlanie. Brutalne, częste, uzależniające. Trzy pierwsze zdania tego tekstu pasują do 90% 20-30 latków, z którymi się koleguję. Stwierdzam to z przerażeniem.

Znam dziesiątki młodych dziennikarzy, muzyków i aktorów. Pań i panów. Singli i tych w szczęśliwych związkach. Ludzi naprawdę zamożnych, ale i biednych. Dzieli ich wiele, ale łączy jedno: niemal każdy lubi sobie golnąć. Wino, drineczki, shoty, piwko, łycha, martini – na propsie jest właściwie wszystko, byle tylko sponiewierało.

Współcześni młodzi-wielkomiejscy piją właściwie z każdego powodu: jeden dlatego, że jest samotny i nudzi się wieczorem w domu, inny bo nie idzie mu w pracy, kolejny ponieważ ma wielu znajomych, którym nie potrafi odmówić. Tinda trwa regularnie, przynajmniej kilka razy w tygodniu. Uprawiają ją często osoby na poważnych stanowiskach, także tych kierowniczych. Dwa, trzy wieczory na spokoju (czytaj kilka piwek przed kompem lub tv), a potem melanż na całego, taki brutalny, z urwaniem filmu cztery noce z rzędu. Ze zdemolowaniem organizmu, który kiedy tylko zdoła dojść do siebie, jest znowu napierdalany przez procenty.

– Przegiąłem, odpuszczam, muszę skończyć z tym piciem.

To zdanie, które widziałem w fejsbukowych rozmowach ze znajomymi tysiąc razy. Zdanie nie mające absolutnie żadnego znaczenia, ci, którzy je piszą, żyją po libacji godnie przez chwilę, a potem znów porywa ich melanż. Chociaż tak naprawdę nie powinienem używać trzeciej osoby, sam nie jestem lepszy. Nie piję przez dzień-dwa, a potem bum, pojawia się milion okazji, żeby sobie golnąć. Urodziny kumpla, koncert koleżanki, spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem, któremu urodziło się dziecko i trzeba było to oblać – to tylko trzy z ostatniego tygodnia. Człowiek idzie w miasto obiecując sobie, że tym razem skończy się na maksymalne dwóch piwkach. Gówno prawda, zazwyczaj pierdolnie się ich przynajmniej pięć, a potem jeszcze zagryzie kebsem.

Oczywiście – takie sytuacje na krótką metę są zajebiste. Nie ma to jak spotkać się z bliską ci osobą w piękny, lipcowy wieczór, porozmawiać, pośmiać się i przy okazji co najmniej wstawić, ale zazwyczaj to jednak raczej najebać. Super, jest co wspominać, są zdjęcia, które można oglądać, anegdoty, które da się potem sprzedawać kumplom podczas… kolejnych tind.

Wszystko fajnie, ale w tym miejscu rodzi mi się w głowie pytanie: co będzie później, powiedzmy w 2023 roku? Co zostanie wtedy z obecnego 30-latka, który chleje regularnie odkąd był pięknym-dwudziestoletnim?

Odpowiedź jest straszna: po dwóch dekadach picia będzie to wrak człowieka. Może uda mu się maskować swój alkoholizm na tyle dobrze, że nie wyjebią go z pracy, a o problemie nie dowie się też matka czy siostra. Ale ktoś taki nie stworzy już raczej poważnego związku: żaden człowiek nie wytrzyma na dłuższą metę z kimś, kto non-stop tankuje. No, chyba, że ta druga soba… także będzie alkoholikiem. To możliwe, bo jak wspomniałem w leadzie zdecydowana większość znanych mi ludzi nie opierdala się w tańcu i przyjmuje więcej procentów niż Lance środków dopingujących podczas czasów swojej świetności w Tour de France.

Co warte podkreślenia – nie chodzi mi tu tylko o mężczyzn, absolutnie. Panie też bawią się że ho ho. W dobie wszystkich shotbarów, w których wódka jest za kilka złotych, a kieliszek wina za piątaka, naprawdę nie trzeba być milionerem, żeby zaszaleć na mieście. Laleczka wyda 20 zł na wiśniówkę, drugie tyle zasponsoruje jej poznany w lokalu amant i już, dziewczę jest zrobione bardziej niż twarz Dody w teledyskach.

Najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że ci ludzie z reguły wiedzą już, że mają problem. Przeszli fazę zaprzeczenia, rozumieją, że piją dużo za dużo. Ale nic z tym nie robią i chyba wiem dlaczego: usprawiedliwiają swoje alkoholowe wybryki młodością. Myślą, że z czasem im to przejdzie. Że jak znajomi się zestarzeją, okazji do chlania będzie mniej, to dojdzie do samooszczyszczenia. Że po kilkunastu latach picia na umór po prostu dojrzeją w pewnym wieku do tego, żeby powiedzieć stop, nacisną jakiś magiczny guzik w swoich mózgach i już, popołudniowego drinka zastąpi herbata, a wieczorną czystą kawka.

Bullshit.

Tak się nie stanie. Moi kochani, macie (mamy) zajebisty problem. Zamiast iść dziś na kolejną tindę, lepiej usiąść, najlepiej przy latte, a nie wódce z martini, i pomyśleć, jak go rozwiązać. Terapią? Stopniowym zmniejszaniem dawki alkoholu z tygodnia na tydzień? Brutalnym odciecięm się od procentów już, teraz, natychmiast? A może po prostu wejściem z jednego nałogu w drugi, który będzie nam skutecznie zajmował wieczory (bieganie, kolarstwo, bodybuilding)?

Mam kumpla, pianistę, który łoił jak szalony. Jest jedyną znaną mi osobą, która w trakcie 90 minut meczu była w stanie jebnąć dziesięć piw i potem nie dość, że mówić wyraźnie, to jeszcze grać na luzie chopinowskie polonezy. Po którejś takiej nocy z kolei chłop mało nie zszedł – dostał zapaści, było grane pogotowie – i wtedy zapaliło mu się we łbie światełko. Żółte, ostrzegawcze, ale do czerwonego, ostatecznego, po którym jedziesz prosto Highway to Hell, było już naprawdę niedaleko.

No więc ten gościu po swoim nieomal zejściu nie pił w ogóle przez tydzień. Po tym czasie zobaczył, jak zajebiście się czuje, jak fajnie poprawiła mu się koncentracja, jak dobrze śpi w nocy. To niegłupi typ, zrozumiał więc, że warto iść tą drogą dalej. Ale wiedział też, że od razu na nią nie wskoczy, dlatego nadal czasem coś chlapnął, z tym że robił to coraz rzadziej, jednocześnie coraz więcej biegając. Efekt? Napierdziela teraz maratony w czasie w okolicach 3h 30 minut, a piwko owszem, dziabnie, jedno na tydzień. Dziewczyna, która rzuciła go po jednej z tind wróciła, a kilogramy, których miał z dziesięć za dużo, odeszły. Można?

Kończę ten tekst optymistycznym akcentem, bo tak wypada, wcale nie jestem natomiast przekonany, że wielu z nas uda się pójść w ślady mojego znajomego…

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑