Pisz do mnie. Czekam. Bo umieram.

Opublikowano Kwiecień 20, 2013 | przez ZP

dyjakkk

Wisiał na drzewie. Życie powoli z niego uchodziło. Witał się już z tamtym światem i wtedy niespodziewanie przyszedł ratunek. Przetrwał. Nie było mu dane umrzeć w wieku chrystusowym. Przeżył ku radości tysięcy jego oddanych fanów, kochających tę piękną, do bólu smutną muzykę, którą uprawia.

Marka Dyjaka poznałem osobiście jakieś dwa lata temu. Ale o tym za chwilę.

Zadbana, praska kamienica. Mieszkanie mojego przyjaciela, znakomitego perkusisty. Przytulna kawalerka, utrzymana w artystycznym klimacie: wszędzie dużo porozrzucanych płyt, książek, na podłodze walają się też twarde dyski z gigabajtami zajebistej muzyki.

Przyjacieł płacze. Przechodzi trudny okres w życiu prywatnym. Jestem przy nim. Słucham tego, co ma do powiedzenia. Gotujemy, jemy, pijemy, smucimy się i tak w kółko. O 20 po raz trzeci tego dnia trzeźwieję. Dla mnie, żadnego wielkiego pijaka, to rekordowe osiągnięcie – być narąbanym trzy razy przed ósmą wieczorem, wow.

– Coś Ci włączę, będziesz w szoku – mówi Karol.

Ma kapitalny gust muzyczny, nadstawiam więc ucho.

Po pięciu minutach łkam. Nie mogę przestać. Z głośników laptopa wydobywa się przygnębiająca melodia, okraszona niesamowitym tekstem i do bólu szczerym, zatrwożonym głosem. Rozbija mnie to kompletnie. Oto co włączył:

 

Tego dnia pierwszy raz usłyszałem imię i nazwisko Marek Dyjak. Zakochałem się w jego twórczości momentalnie. Zacząłem szukać informacji na temat tego faceta i słuchać wszystkich dostępnych piosenek, które wykonywał.

Zawsze interesowali mnie artyści po przejściach. Tacy, którzy poznali smak głodu, ubóstwa i wstydu. Jak dla mnie tylko tego typu ludzie mogą tworzyć prawdziwą sztukę. Artysta syty = artysta spełniony. Trzeba cierpieć, żeby stworzyć coś prawdziwego. Może nie permanentnie, ale jednak ten, kto nigdy, chociaż przez chwilę, nie zaznał prawdziwego smutku, nie jest twócą wiarygodnym.

Dyjak wypił ocean rozpaczy. Dyjak mógłby napisać doktorat z cierpienia. Dlatego dla mnie w tej chwili jest najlepszym polskim wokalistą.

Jest głosem prowadzącym tych wszystkich ludzi, którzy nie wierzą w siebie, z wielu powodów: bo są brzydcy, biedni, porzucecni przez innych – tych, których kochali.

Marek śpiewając wysyła im prosty przekaz: nie jesteście sami z waszymi problemami, rozumiem was, również byłem w niezłym gównie.

Marek robi coś, co w polskim szołbiznesie potrafią naprawdę tylko jednostki: daje odbiorcom nadzieję. Zmusza do refleksji. Do zatrzymania się. Do wciśnięcia hamulca w świecie, w którym wszyscy pędzą.

Chyba nigdy w życiu nie byłem tak skoncentrowany, jak na jego koncercie. Przez ponad półtorej godziny nawet przez chwilę nie pomyślałem o niczym innym poza Dyjakiem. Zapomniałem, że wieczorem mam ważny bankiet w pracy, że powinienem w związku z tym co jakiś czas dyskretnie zerkać na telefon, że obok mnie siedzą dwaj przyjaciele. W trakcie występu liczyło się tylko to, co Marek ma do przekazania. A uwierzcie: ma sporo.

Nie byłem wyjątkiem. Facet dobierał się do emocji każdego z widzów, wchodził do naszych głów bezproblemowo, jak najlepszy haker, który jest w stanie złamać hasło do wszystkich komputerów tego świata.

To nie był koncert, z którego wychodzisz uśmiechnięty, zadowolony, a godzinę później zapominasz, że w ogóle gdzieś byłeś. Po spotkaniu z Dyjakiem jeszcze przez następny dzień dochodzisz do siebie. Jesteś zmęczony, ale usatysfakcjonowany – zupełnie jakbyś przebiegł jakiś maraton.

Właśnie, spotkanie z Dyjakiem.

Wróćmy na chwilę do praskiej kamienicy, o której wam opowiadałem.

Znowu siedzę u Karola. Dzwoni telefon.

– Tak Mareczku? Wpadasz? OK, do zobaczenia.

– Dyjak będzie tu za dwadzieścia minut. Posiedzimy, pomędzimy, będzie fajnie – mówi Karol.

Nieźle się stresuję. Dla mnie to spore wydarzenie – spotkać gościa, którego uważam za genialnego twórcę i tak po prostu usiąść z nim przy stole, porozmawiać.

– Jest spoko, tylko nie mów za dużo o jego muzyce, nie chwal go, nie lubi tego – uspokaja mnie Karol.

Są ludzie do których czujesz respekt od pierwszych sekund, gdy ich poznajesz. Mogą nie wypowiedzieć jeszcze choćby słowa, ale mimo to masz olbrzymi szacunek. To kwestia podświadomości: mówi ci, że oto stoi przed Tobą ktoś niezwykły.

Tak właśnie miałem kiedy spotkałem Dyjaka.

Nie rozmawiałem z nim długo. Godzina, może dwie. Nie mówił wiele. Widać było, że jest nieufny – Karola znał, a mnie nie.

Dyjak nie wypowiadał się z niewiadomo jak wielką elokwencją. Nie cytował filozofów czy klasyków literatury. Nie chciał być na siłę fajny. Mówił spokojnie, rzeczowo. O muzyce, życiu, o ludziach. O tym, jak ciężko mu dać radę bez picia alkoholu – wszyscy siędzący przy stole, poza nim, tankowali.

– Po prostu wiem, że jakbym zaczął pić, to już po mnie, że pierwszy kieliszek równa się dla mnie wyrok śmierci – tłumaczył.

Marek nie pije od czasów próby samobójczej do której doszło w 2008 roku. Wygrywa z nałogiem, choć wcześniej niemal przez kilkanaście lat nie trzeźwiał. Alkohol to nie było jego hobby, tylko sposób na życie. Potrafił wypić i trzy litry różnorakich trunków dziennie!

Teraz nie chodzi na spotkania AA, ciągle ma kontakt z ludźmi, którzy notorycznie chleją, że ho ho, a mimo to daje radę.

Nie należy do alkoholików, którzy chcąc odrzucić wódkę tworzą w głowie historie ją dyskredytującą. W życiu. Więcej: on tę wódkę… kocha. Nadal.

Wypowiedź Dyjaka dla „Dziennika Wschodniego” nie pozostawia wątpliwości, że tak właśnie jest:

„Nie przeszedł mi ani smak, ani ochota. (…) Wcale nie uważam, że wódka jest zła. Musiałbym być hipokrytą. Najpiękniejsze lata mojego życia spędziłem pijąc.”

Lubię tę prostotę jego przekazu. W tym samym „Dzienniku Wschodnim” autorka spytała go, dlaczego wyprowadził się akurat do Chełma. Odpowiedź:

„Tam są prości ludzie. Skromniejsi, przaśni. Rosół w barze smakuje jak rosół, chleb jest chleb. Blisko rzeka, w której nie skończyła się woda, tak jak w Wiśle.”

Piękne.

Kupuję Dyjaka w stu procentach. Z jego zaletami, ale i wadami, których jak wiem nie brakuje: bywa zapominalski, niezorganizowany, gburowaty.

Myślę też, że ta nagła popularność – występy w programach typu „Kuba Wojewódzki”, setki plakatów promujących nową płytę itd. itp. – go nie zmieni. Gościu przeszedł zbyt wiele, żeby teraz pójść w jakiś wielki lans. Ja raczej dostrzegam drugą stronę medalu – tej jego sławy, która przyszła ostatnio, niespodziewanie – wielu ludzi dowie się o tym, że istnieje ktoś tak niezwykły, jak Marek. Zakochają się w jego muzyce po uszy. Dyjak wejdzie w ich świat w taki sposób, w jaki śpiewa: agresywnie, bez gry wstępnej. I będzie istniał w nim na zawsze, tak jak istnieje nieprzerwanie od wiosny 2011 roku w moim.

 

foto: www.spacein.pl

 

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑