Jak odróżnić normalnego właściciela mieszkania od totalnego debila? Kilka słów o wyprowadzkach

Opublikowano Październik 6, 2013 | przez Pato

wyprowadzka

 

Przyjęło się mówić, że dobry sędzia piłkarski (każdy inny zresztą też) to taki, który w trakcie meczu pozostaje niewidoczny. Nie wzbudza kontrowersji. Nie wkurwia. Robi swoje, a my po jakimś czasie zapominamy, że w ogóle był. Przyszło mi do głowy to porównanie, gdy tydzień temu stawiłem czoła właścicielowi mieszkania, z którego się właśnie wyprowadzałem. Po czym odróżnić normalnego właściciela od totalnego debila? Podpowiadam: normalny jest jak sędzia. Pozostaje niewidoczny.

Dotąd trafiałem szczęśliwie. Pierwszy właściciel miał wszystko w dupie, a mieszkanie z trzema balkonami wynajmował za bezcen. Drugi w kule poleciał dopiero przy kaucji, gdy wyciągnął kilka stówek na farbę (do przełknięcia). Trzeci był prywatnym detektywem jeżdżącym kartonowym Tico i machnął ręką nawet na sufit, który po otwieraniu wina śrubokrętem wyglądał, jakby właśnie ktoś zarżnął świniaka. Trochę go googlowaliśmy i okazało się, że sprzedaje maszyny do szycia na Allegro, bierze udział w turniejach łuczniczych, a na co dzień sprzedaje jakieś części samochodowe. Z wyglądu tak dziwny, że aż prosił się o liścia. Prawdziwek, ale koniec końców – uczciwy.

Uczciwy. Ludzki. Niewidoczny. Od takich ludzi najlepiej wynajmuje się mieszkania. Rozpoznać ich można po zwykłej rozmowie, kiedy nie robią 200 zdjęć mieszkania przed wynajęciem, nie używają akademickiej nowomowy i nie wertują umowy najmu przez trzydzieści osiem minut. A tacy właśnie byli moi ostatni właściciele. Starsze małżeństwo, lekarze, którzy całkiem dobre mieszkanie wynajęli za niedużą kwotę, ale potem każdy telefon, każdy kontakt („czy mogę przyjść po kabelek od telewizora?”) zwiastował, że kiedyś skończy się to katastrofą.

Katastrofa nastąpiła oczywiście przy wyprowadzce. Na nic czterogodzinne sprzątanie, tuszowanie wszelkich niedostatków, skoro na drugi dzień inspekcja ruszyła z kopyta. Z ponad dwóch tysięcy kaucji dostałem… zero, bo porysowałem lodówkę (albo porysowaliśmy, bo wynajmowały dwie osoby), zepsułem gniazdko, zagiąłem uchwyt od szafki i ukradłem pościel.

Zero, ponieważ współlokator zgubił klucz, nie płacił ponad pół roku za Internet, a na koniec zostawił pod łóżkiem prezerwatywy. Zdarza się. Sprzątanie wyniosło 400 złotych (?!). Każdy kąt został sprawdzony, każdy centymetr podłogi, bo przecież parkiet też uszkodzony… No i na koniec pytanie „gdzie jest książeczka do prania?”.

Absurd.

Zdarzało się wam kiedykolwiek coś takiego? Przyjść do mieszkania jak na inspekcję i usłyszeć pytanie w stylu „gdzie jest instrukcja do piekarnika?”. Gdzie zajebana pościel? Gdzie zielony koc, który leżał w szafie? Nasłuchać się piszczenia starej baby o tym, że nie spodziewała się…

Zastanawiam się, komu teraz wynajmą mieszkanie i jak będzie wyglądał proces weryfikacji. Ile zdjęć zrobią, bo przecież 200 to mało, jeśli chcą liczyć wszystkie poradniki od pralki, zmywarki itd. Warto zwracać uwagę na takie szczegóły. Powtórzę jeszcze raz: normalny właściciel jest jak sędzia. Pozostaje niewidoczny.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑