Sportowcy naszego dzieciństwa

Opublikowano Październik 26, 2015 | przez ZP

adam_zak3_2011-01-20_08-15-49(1)

Od zarywania nocy dla walk Gołoty, przez piękne gole Citki po Małyszomanię – przed wami sportowcy naszego dzieciństwa. Może niektórzy z poniżej wymienionych nie byli waszymi bohaterami, ale z takimi zestawieniami musi być mocno subiektywnie. Zaleta jest z kolei taka, że jest też szczerze, bez ogródek, wprost jak to pamiętamy. Zapraszamy!

Adam Małysz

Dopiero z perspektywy dobrze widać, jak niezwykłej rzeczy dokonał Małysz. Pal licho te wszystkie medale, kryształowe kule, zwycięstwa i rekordy – one są oczywiście ważne, ale nie są prawdziwą miarą jego wielkości. Tą jest bowiem fakt, że samodzielnie wprowadził nikogo nie interesującą dyscyplinę pod polskie strzechy, wprowadził do tego stopnia, że skoki oglądali wszyscy. Nie same mistrzostwa czy inne kluczowe imprezy, ale każdy jeden konkurs Pucharu Świata skupiał uwagę milionów Polaków. Oglądało się z rodziną, z kumplami katowało Deluxe Ski Jump, znało na wyrywki tych wszystkich Ahonenów, Widhoelzlów, Hautamekich, Schmittów i Hannavaldów. Wiecie co jeszcze pokazuje nam przykład Adama? To jak poszliśmy w sportach do przodu przez te kilkanaście lat. Z całym szacunkiem dla dokonań Małysza, ale takie ogólnonarodowe szaleństwo wzięło się między innymi z wielkiej sportowej posuchy.

Marek Citko

Dziś piłkarz-mit, znacznie bardziej znany z tego kim mógł być, niż z tego kim został. Ale wtedy, w 1996, chwytaliśmy tę obietnicę wielkości w lot. W kraju zapanowała histeria, „citkomania”. Oto pojawiła się wiara, że będziemy mieć gwiazdę nie w niszowych zapasach, chodzie czy strzelectwie, ale w najpopularniejszej dyscyplinie świata. Słynne zwycięstwo na sportowca roku audiotele w 1996 jest bardzo wymowne: pokonał medalistów z Atlanty dzięki – w gruncie rzeczy – jesiennym golom w przegranych meczach z Anglią, Dortmundem i Atletico.

 

Andrzej Gołota

Te czasy, gdy wstawało się na Gołotę, a piosenkę o Andrzeju nagrał nawet Kazik. Andrzej wygrywał, przegrywał, potrafił wypaść z ringu, „uciec” przed Tysonem (dziś wiemy, że Mike był naćpany i Gołota dobrze zrobił, ale wtedy to był szok), ale niezmiennie elektryzował i zarywało się dla jego walk noce. Powód był prosty – tańczył z najlepszymi w prestiżowej dyscyplinie, czyli trochę jak casus Citki. Widziałeś rodaka wchodzącego do ringu z największymi i czułeś, że bierzesz udział w wydarzeniu ważnym nie tylko nad Wisłą. Sympatia do Andrzeja pozostała, pamiętamy jak walczył z Adamkiem u kresu swej kariery – choć Adamek był wtedy na zupełnie innym poziomie, sala i tak skandowała „Gołota”.

 

Dawid Murek

Pamiętamy jeszcze czasy, gdy siatkówka w Polsce się nie liczyła, była sportem trzeciej kategorii. Teraz? Wszyscy wiemy jak jest silna; należymy do elity, a ważne mecze potrafią być sprawami wagi państwowej. To reprezentacja z przełomu wieku była pierwszą z tych, która wskazała kierunek  – jakbyśmy mieli wskazać punkt, który zaczął rewolucję, to byłby nią awans Polski do Ligi Światowej i tam sporo charakternych meczów. W kadrze byli Papke, Świderski, Zagumny, Gruszka, Nowak, ale najbardziej przykuwał uwagę Murek. Z perspektywy taki Zagumny jest postacią o wiele większą, ale wtedy Murek i jego ataki były tym, w czym pokładałeś w trudnych dla kadry momentach.

Koszykarze na Euro 97

Tak jest, był taki czas, kiedy koszykówka była w Polsce właściwie sportem numer dwa, tylko po futbolu. Z jednej strony sprawiły to relacje meczów NBA, z drugiej naprawdę niezły poziom rodzimego rzucania. Była zażarta rywalizacja ekipy Śląska Wrocław z Hoop Pruszków, była mocna kadra: wszechstronni Zieliński i Wójcik, silny Szybilski, rzucający za trzy Tomczyk. Na Euro 97 mieliśmy naprawdę ekscytującą drużynę, a spragniona atmosfery poważnego turnieju Polska sumiennie oglądała. Wkrótce jednak nastąpił zalew obcokrajowców do ligi i choć trafili się tacy, którzy fascynowali (Lynn Greer chociażby), tak kolejne kompromitacje reprezentacji sprawiły, że koszykówka spadła o kilka hierarchii w oczach Polaków.

Orły Engela

Co tu kryć – dla większości pierwsza piłkarska reprezentacja, z której człowiek był autentycznie dumny. Wygrywała, przełamała klątwę i wysłała naszych na mundial – wówczas sprawa właściwie nierealna. Tylko nasi rodzice wiedzieli co to znaczy oglądać Polskę w finałach, kolejne pokolenie zostało natomiast przykrymi doświadczeniami nauczone, że to elitarny bankiet, na którym nie ma dla nas miejsca. Jak było w Korei wszyscy wiemy, rozdrapywać ran nie trzeba, ale zwycięskie eliminacje i tak były wówczas czymś wyjątkowym.

 

Mariusz Czerkawski

Sprawa mocno specyficzna, bo tak naprawdę Mariusza nikt nie oglądał. Nie było gdzie, NHL nie leciało w otwartej telewizji, na reprezentację często nie mógł przyjechać. Był jednak naszym rodzynkiem w jednej z czołowych lig amerykańskich, a wtedy to działało na wyobraźnię jakoś mocniej. Owszem, był jeszcze Oliwa, który wygrał nawet Puchar Stanleya, ale Oliwa był hokejowym zabijaką, a Czerkawski strzelał, asystował, brał udział w meczu gwiazd.

 

Robert Korzeniowski

Nie mamy pojęcia, czy w chodzie są jakieś puchary świata i pośledniejsze zawody, nie zamierzamy też sprawdzać, nie interesuje to nas. Ale co cztery lata człowiek siadał i oglądał chód na olimpiadzie, bo perspektywa medalowa potrafiła nawet tak absurdalną dyscyplinę uczynić ciekawą, a mieliśmy tu przecież pewniaka do pudła. A swego czasu – do dyskwalifikacji. Jak człowiek przeżywał każde wypieprzenie Roberta z trasy za rzekome podbieganie! Facet miał swego czasu pecha, wydawało się, że nie skończy żadnych prestiżowych zawodów na pudle aż w końcu bum, zła passa się skończyła, a rozpoczęła ta wspaniała, złota. Niesamowita historia, budząca w nas wzruszenie do dziś.

Tomasz Gollob

Z Gollobem sytuacja jest o tyle nietypowa, że wszyscy wymienieni dawno pokończyli kariery, a on ciągle się ściga. Pominięcie go na tej liście byłoby jednak zbrodnią – jak oglądało się żużel (a oglądało się, choćby Grand Prix), to wiadomo było, że jeśli ktoś z naszych ma rzucić wyzwanie Rickardssonowi i reszcie, to będzie nim pan Tomek. Podziwiamy go nie tyle za to, że w końcu wywalczył upragniony tytuł mistrza świata, ale głównie dlatego, że droga do tego sukcesu pełna była złamań i innych strasznych kontuzji. TG nie pękał, mimo że jego kości tak, dlatego ma nasz dożywotni szacunek.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑