Podwórkowe zabawy, których dzieciaki już nie znają

Opublikowano Grudzień 3, 2015 | przez MB

kapsle

Beztroskie lata spędzone na podwórku to dopiero były czasy! Wtedy jeszcze potrafiliśmy bawić się bez alkoholu, a grając w gumę nie czuliśmy seksualnego podtekstu. Byliśmy czyści jak łza i niewinni jak Kasia Cichopek. No i mieliśmy naprawdę przednie zabawy, których współczesne smarkacze pewnie zupełnie nie czają.

Po rodzicach dostaliśmy w spadku trzy genialne rozrywki: grę w klasy, grę w kapsle oraz właśnie skakanie przez gumę. Do pierwszej wystarczył kawałek kredy, do drugiej naturalnie kapsle i trochę piachu, do trzeciej elastyczny sznurek i można było tak przebalować wiele godzin zapominając o bożym świecie. Genialne i proste.

Panie przedszkolanki z kolei nauczyły nas integracyjnych gier na świeżym powietrzu, których potoczne nazwy oraz zasady z perspektywy czasu mogą co prawda trącić myszką, ale w pierwszych latach dojrzewania nie było nic lepszego, niż bieganie na pałę i nagłe zatrzymywanie się w bezruchu. Mowa oczywiście o frywolnych harcach w stylu „Gąski, gąski do domu” oraz „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. A jeśli komuś nie chciało się zapierdzielać w amoku dobrej zabawy z punktu A do punktu B wystarczyło, że znalazł sobie jeszcze kilku leniuchów, usiadł na trawie, a całe towarzycho zgromadził w okręgu. W takich okolicznościach wcale nie otwierało się połówki, a najczęściej rozpoczynało „O mande, mande flore”, czyli najprościej mówiąc, grę w klepanie się i smyranie po dłoniach. Ktoś mógłby dziś powiedzieć, że tak właśnie narodziło się niesławne „słoneczko”, ale sami dobrze wiecie, że „o mande” było naprawdę dziewicze.

O poziom wyżej niż łatwe i przyjemne hasanie przypomniane powyżej były gry, którym śmiało można przypisać kategorię „przygodowe”.

Po pierwsze, budowanie szałasu. To było dopiero przeżycie! Wiązało się z wyprawą po drewno, rąbaniem gałęzi, planowaniem konstrukcji, budowaniem stelaży, organizowaniem ochrony przed deszczem oraz prowiantu (najczęściej po prostu szło się do domu i podbierało najlepsze łakocie).

Po drugie, baza. Mógł nią oczywiście być szałas, ale nie było to regułą. Bazą mogło być wszystko, domek na drzewie, ulubiona zjeżdżalnia, najbliższa piaskownica, teren za górką lub stary garaż. Do czego służyła? Do przechowywania największych skarbów („pokemonów”, „świerszczyków”, samochodów z gumy Turbo) i knucia najbardziej chytrych planów (zapytanie w imieniu Krzyśka, czy Ania chciałaby z nim chodzić, umówienie się na „mecza” z sąsiednim podwórkiem, „atak” na inną bazę).

Po trzecie, podchody. Najbardziej ekscytująca zabawa, jaką pamiętamy. Ekipę dzieliło się na dwie grupy. Jedna uciekała, druga musiała ją znaleźć. Zostawiało się znaki na drzewach, na chodnikach, wprowadzało w błąd przeciwników, chowało w parkach, na osiedlach, no i w bazach oczywiście. Najlepiej bawiło się w to na koloniach.

Były jeszcze takie gry wyłącznie dla chłopców. I nie chodzi wcale o mierzenie penisów, pokazywanie dupy i pierdzenie pachą. Pamiętacie jak łoiło się w króla (wariacja na temat koszykówki) oraz w króla murów (wariacja na temat piłki nożnej)?

W zamierzchłych czasach, w których nie było iPodów, Xboxów, tabletów i telewizorów plazmowych, dzieci bawiły się na podwórku. Bawiły się i to jeszcze jak, przeżywając dzieciństwo aktywnie, kreatywnie i wśród rówieśników. Oczywiście ówczesne zabawy, które wtedy zajmowały dni i wieczory, dzisiejszym dzieciakom wydają się durne, ale prawda jest taka, że one bez Internetu nie umieją mieć funu, a ci, którzy bawili się w budowanie szałasu, nie nudzili się nigdy.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑