Polacy robią największą wiochę za granicą? Bzdura. Daleko nam do Brytyjczyków

Opublikowano Czerwiec 25, 2015 | przez lucky bastard

89f4ad9c5c0e560f1f8607ba7c710679

Do tej pory największy obciach zagranicą zazwyczaj robili Polacy. Te wszystkie Cześki i Haliny z rodzimej krainy, na których widok człowiek zapominał języka w gębie i zaczynał udawać Greka. Wiecie, skarpety do sandałów, krótkie spodenki przy 10-stopniowym upale i browar w puszce, począwszy od lotniskowej poczekalni, na ruchliwym miejskim rynku skończywszy.

Jednak typowy polski wczasowicz, by zasmakować wakacji życia na przykładowej greckiej wyspie, musi wybecelować jakieś półtora koła. Czyli raczej nie może być leniem, nierobem i pijakiem, bo musi uprzednio zarobić i oszczędzić. Co innego turysta z Wysp Brytyjskich, który nawet za kilkanaście tamtejszych funciaków może sobie wykupić bilet na Boeinga ze złotą irlandzką harfą.

A jest to bilet do raju. Do dalekich, śródziemnomorskich krain, gdzie świeci słońce, kupa rodaków, wszyscy gadają po angielsku, a w knajpach oferują English breakfast oraz fish and chips. Gdzie na każdym straganie są gadżety w brytyjskich barwach, w kioskach świeżutkie brytyjskie gazety, w hotelowych telewizorach same angielskie kanały, a w pubach piwo sprzedawane na pinty i transmisje na żywo z ligi angielskiej.

No i te ceny. Typowy Harry z Gie-Be, wybierając którąś z greckich czy hiszpańskich wysp, zazwyczaj oszczędza. Mniej płaci za piwo i mniej wydaje na żarcie. Trudno więc dziwić się, że tego typu forma wypoczynku stała się na wyspach bardzo popularna. Na wymarzone wakacje walą więc całe familie, emeryci, studenci i pojedynczy wczasowicze. Niezależnie od statusu społecznego czy objętości portfela.

Największy szok przeżywają ci, którzy dotychczas kojarzyli brytyjski akcent z wyrafinowanymi gentleman’ami. Niestety, większość obywateli posługujących się mową królów wygląda zgoła inaczej. To wielkie, zblazowane osobniki o charakterystycznej czerwono-sinej opaleniźnie, które całe dnie spędzają przy hotelowym basenie. Kiedy kładą się na leżaku, tłuszcz wylewa się po bokach i dotyka podłoża. Tacy ludzie uprawiają wypoczynek z gracją niechlujnie rzuconego worka z kartoflami.

Kobiety opalają się topless, natomiast gacie – niewyjściowe, rozmiar XXL – rolują na stringi i upychają pomiędzy kilko-funtowymi pośladkami. Tak naprawdę ciężko powiedzieć, czy lepiej, kiedy taka ślicznotka opala przód, czy tył. Oba widoki są porażające.

Młodsi przedstawiciele gatunku męskiego to zazwyczaj pseudo wysportowani i tandetnie wytatuowani podrywacze. Hałaśliwi i zabawni, niczym dowcipy zamieszczone w podręcznikach do nauki angielskiego. Jeśli mieszkasz obok takiego gościa w hotelu, masz stuprocentową pewność, że podczas tygodniowego pobytu pokaże ci dupę. A gdzieś na 50 procent puści przy tobie bąka, najpewniej wtedy, kiedy właśnie pójdziesz z dziewczyną na romantyczny spacer lub zabierzesz się do kolacji.

Natomiast młode damy trzymają się razem, a na wakacjach lubią organizować wieczory panieńskie. Zazwyczaj przy takich okazjach działa tak zwany efekt cheerleaderki, czyli postronni mężczyźni odbierają takie dziewczyny jako atrakcyjne. W przypadku Brytyjek właściwszym terminem byłby jednak efekt trzody chlewnej. Kiedy takie laski przechodzą obok, ziemia się trzęsie, a ze stołów spadają szklanki.

A na przedzie bryluje przyszła panna młoda. Najgrubsza, najbardziej czerwona, najgłośniejsza i najmocniej nawalona. Jej nieprzyzwoicie kusa sukienka sprawia, że człowiek ma problemy z przełknięciem jakiegokolwiek pożywienia przez kilka najbliższych dni. A z ciekawostek – na tłuściutkiej stópce, podniesionej butem na wysokim obcasie, można wyczytać wytatuowany napis w stylu „beauty” lub „princess”. W taki właśnie sposób 200-funtowe księżniczki świętują swoje rychłe zamążpójście.

Tanie loty i różnice walutowe sprawiają, że na wakacje w popularne kierunki śródziemnomorskie jeździ największe brytyjskie bydło, bez jakiejkolwiek ogłady i poczucia wstydu. Ludzie, którzy zachowują się dokładnie tak samo, jakby wypoczywali na swojej prowincji przed własną szopą. A wszyscy autochtoni, w nadziei na kilka nędznych funciaków, kłaniają im się w pas. I organizują małą Wielką Brytanię.

Pasterz, kierowca autobusu, magazynier – oni wszyscy na takiej Majorce czy Krecie mogą czuć się jak wielcy panowie. Jeść po piętnaście kiełbasek dziennie i zapijać dwudziestoma browarami. Nic nie zwiedzają, gardzą lokalną kuchnią i tylko szastają pieniędzmi, na czym finalnie i tak zaoszczędzą. To właśnie turyści z Wielkiej Brytanii.

Królowie życia.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑