Polska myśl technologiczna podbija Afrykę. Sukces starego dobrego Ursusa

Opublikowano Grudzień 18, 2015 | przez lucky bastard

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Ursus, stary dobry Ursus. Dawniej na wsi obiekt zasłużonych westchnień, często jedyny środek lokomocji w rodzinie, ustępujący statusem tylko kombajnowi „Bizon”. Pobudzający wyobraźnię dzieciaków przyjeżdżających z miasta do rodziny, ale też i znajdziecie wielu ówczesnych nastolatków, którzy zanim zasiedli za kółka samochodów, mieli doświadczenia jazdy właśnie nim – obstawiamy, że wśród czytających te słowa są też tacy. My przyznamy się bez bicia: gdy dowiedzieliśmy się, że Ursus – właśnie tamten, nie jakaś szczególnie nowocześniejsza – podbija zagraniczne rynki, nie mogliśmy się szeroko nie uśmiechnąć.

Okej, okej, Ursusem jakiego pamiętacie z czasów odwiedzin u wuja w latach 90. nie jeździ amerykański farmer ani nie są one podstawą niemieckich folwarków. Polskie ciągniki znalazły branie w dość niecodziennym miejscu – mianowicie podbijają Czarny Ląd. Etiopia może ci się kojarzyć z krajem pogrążonym w głębokim kryzysie, definicyjnym przykładem trzeciego świata, może nawet z niewybrednymi żartami, ale my łączymy ją z czym innym. Z doskonałym interesem, jaki robi na sprzedaży swoich ciągników tamże, polska firma. Ursus to właściwie etiopski hit sezonu – trochę głupie napisać, że rozchodzi się tam jak… świeże bułeczki, ale fakty są takie, że Polacy nie wyrabiali się z realizowaniem zamówień. Mamy posłać tam znad Wisły legion ciągników – trzy tysiące.

To przekłada się na konkretne liczby, które robią wrażenie: 6.88 miliona zysków w pierwszym półroczu 2015 roku, o 6.73 miliona złotych więcej niż w pierwszym półroczu 2014. To nawet nie jest rewolucja, to jest zmartwychwstanie.

Dlaczego polskie ciągniki są tak popularne w Afryce? To też jest dobre: w dobie coraz większej komputeryzacji, gdzie za chwilę nawet widelec nie będzie działał bez ładowarki bądź baterii, minimalistyczne technologicznie (możecie śmiało podmienić na „toporne”) okazują się tu strzałem w dziesiątkę, bo są solidne i się nie psują. A raczej: poważnie się nie psują. Bo działa jedna podstawowa zasada: nawet najmniejsza usterka w jakimś hipernowoczesnym sprzęcie wymaga specjalistycznego serwisu, ale w prostym mechanizmie poradzić sobie można zazwyczaj domowymi sposobami. Tak też jest z Ursusem, który można naprawić po swojemu rzeczami dostępnymi w każdym garażu, a co dla afrykańskich rolników jest elementem kluczowym. Nie ma potrzeby wjeżdżania na kanał skomputeryzowanego do cna warsztatu, można liczyć, że staropolskie jebnięcie młotkiem w silnik – albo pochodne – rozwiąże problem.

Jeśli etiopscy chłopi dostaliby jutro 100 najnowocześniejszych ciągników, to pewnie mieliby w pierwszej chwili radochę. Ale bardzo szybko padłyby i okazały się bezużyteczne, bo bez zagwarantowanego serwisowania – a nie da się go tam zagwarantować – nie mają szans być żywotne. W przeciwieństwie do Ursusów, które – jak się okazało – całkiem nieźle znoszą ekstremalne warunki, i znowu: między innymi przez swoją mało złożoną konstrukcję.

Odporny i łatwy w naprawie Ursus staje się kołem zamachowym rozwoju afrykańskiej wsi. Przyjemna to wizja, wręcz napawa dumą, bo przecież chodzi o polską firmę o grubo ponad stuletnich tradycjach. Zarazem ta historyczna firma dzięki kontraktom wykorzystującym jej dawne osiągnięcia zarabia na to, by rozwijać nowocześniejsze projekty na inne rynki: choćby trolejbusy, elektryczne autobusy, generalnie nowe technologie, które będą skierowane – nazwijmy rzeczy po imieniu – nie na kraje trzeciego świata. Interesująca symbioza. Brawo my!

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑