PolskiBus obniżył loty. Kilkugodzinna podróż to męczarnia

Opublikowano Marzec 6, 2014 | przez MB

 

busss

Szybko, tanio, komfortowo? Szybko może tak, tanio na pewno, komfortowo wcale.

 Drożdżowe bułeczki, herbatniczki, kawka, herbatka, soczki. A wszystko po to, by odwrócić uwagę pasażera od niewygody, na jaką zostaje narażony podczas jazdy autobusem popularnych linii. Szybki wypad na trasie Wrocław-Warszawa-Warszawa-Wrocław okupiłem bólem kręgosłupa, strzykaniem w krzyżu, opuchniętymi kolanami i powyginanymi na wszystkie strony łopatkami. Jeśli nie jesteś wzrostu Danny’ego DeVito i nie ważysz tyle co Alicja Janosz, jesteś skazany na srogie cierpienia.

A wszystko przez to, że PolskiBus zamiast w jakość poszedł w ilość i zdecydował, że będzie upychał tylu pasażerów, ile tylko się da i zacznie ich wozić jak wór kartofli. W dwupiętrowym autobusie zmieści się mniej więcej pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób (o ile nie więcej). By osiągnąć taki wynik błyskotliwi projektanci wpadli na genialny pomysł wrzucenia tylu foteli, ile wlezie. Dzięki czemu pasażer, o którego tak bardzo firma się troszczy zapewniając mu darmowy dostęp do Internetu, klimatyzację i pasy bezpieczeństwa, ma mniej więcej dziesięć centymetrów kwadratowych wolnego miejsca do zagospodarowania. Ale za to babeczkę dostanie, więc powinien być zadowolony.

Ale nie jest. Ja nie jestem. W trakcie wieczornej podróży towarzyszyły mi nie tylko naturalne znużenie, Jamal puszczony na full oraz mlaskanie współpasażerów, ale także permanentne poczucie klaustrofobii. Powiększona pojemność dwupiętrowego autobusu to niższy sufit, mniej miejsca na nogi i żenująco mały kibel, do którego bez problemu wejdzie tylko obrzygany pięciolatek.

Z kolei udogodnienia dla niepełnosprawnych, czym tak bardzo PolskiBus się szczyci, to jedna wielka ściema. Stołu bilardowego przez drzwi nie wniesiesz, człowieka na wózku do tego busa nie zmieścisz. Ledwo stewardessa w niezbyt seksownym uniformie jest w stanie roznosić ciastka między rzędami i rzucać uśmiechy przepełnione poczuciem winy.

Z Wrocławia do Warszawy jedzie się około sześciu godzin. To mniej więcej tyle samo, ile trwa sześć odcinków „Gry o Tron” albo filmowa trylogia „Władcy Pierścieni” – kosmicznie długo. Podroż w takich warunkach graniczy z walką o przetrwanie. Dogodną pozycję udało mi się znaleźć raz, dosłownie. Po czym momentalnie zostałem zrugany przez nieznoszący sprzeciwu głos kierowcy dobiegający z nieba: proszę nie trzymać nóg na oparciu.

– To zróbcie wygodny autobus, kurwa.

Dopóki nie udało mi się cudem zasnąć, wierciłem się na wszystkie strony jak Królewna na ziarnku grochu. Tylko, że ten groch był rozmiarów dyni. I najwyraźniej musiał zatkać nawiew, bo duszno było jak w psiarni. Jedynym wybawieniem okazała się niezbyt wygórowana liczba pasażerów, więc w fotelach mogłem przebierać jak w dziwkach w burdelu. Choć w drugą stronę ludzi było już po zbóju i więcej (wracali z meczu Polska – Szkocja). Miałem ochotę każdego z osobna rozstrzelać.

Oczywiście tak sobie tylko myślałem, w rzeczywistości pozwoliłem się przysiąść jakiejś dziewczynie. Ale miałem nosa, bo pozbyłem się jej już w Łodzi i do samego Wrocławia siedziałem sam. Nadal powyginany na wszystkie strony, bez dostępu do powietrza, z możliwością omdlenia w każdej chwili. I nawet bułeczek nie rozdawali.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑