Pomysł na wakacje? Z Warszawy nad morze. Pieszo

Opublikowano Sierpień 12, 2014 | przez lucky bastard

DSC_0178

Nigdy nie byłem zwolennikiem stacjonarnego wypoczynku, którego flagowym przykładem jest tak zwane plażowanie. Opalanie się na kocyku – najczęściej w tłumie ludzi – raz na jakiś czas przerywane wejściem do wody lub wizytą w beach-barze. Zamiast tego wolałem bieganie, rowery, wiosłowanie lub zwykłe spacery. Tak już mam, że piwo lepiej mi smakuje, kiedy idę. Jeżeli mam się umówić z kumplami na browar, to zamiast siedzieć nad jeziorkiem, wolimy dookoła tego jeziorka chodzić. Zdrowiej, a przy okazji – jako ruchomy cel – jesteśmy mniej narażeni na najazdy straży miejskiej.

Na jednym z takich piwnych spacerów wpadliśmy na pomysł – dlaczego by nie pójść jeszcze dalej, na przykład nad Morze Bałtyckie. Akurat – jako studenci – nie mieliśmy wtedy specjalnych planów na wakacje, może poza tym, by trochę się poruszać i zredukować tkankę tłuszczową. Koncepcja wydawała się idealna: turbo spalanie, przyroda, zmieniające się krajobrazy i piwkowanie. Była to też jedyna forma wakacji, z której dobrowolnie zrezygnowały nasze drugie połówki. One miały na nas czekać dopiero na piaszczystych plażach Półwyspu Helskiego.

Początkowo chętnych było wielu, ale po odparowaniu alkoholu i uświadomieniu sobie, że mówimy poważnie, zostało nas dwóch. Później okazało się, że była to najlepsza rzecz, jaka mogła nas spotkać. Przy wyprawie na taką skalę każda dodatkowa osoba prędzej czy później stanowi kłopot, który tylko utrudnia dojście do celu. Przy tak długiej trasie pewne jest, że komuś nie wytrzyma kostka, rozboli kolano, przytrafi się jakieś obtarcie lub odcisk. Ktoś się poparzy na słońcu, kogoś dopadnie sraczka i cała grupa ma problem. Naszym kapitałem była więc mała liczebność.

Trasę wyznaczyliśmy tuż przed startem. Wyrwaliśmy potrzebne strony z dość szczegółowego atlasu samochodowego, skleiliśmy je w całość – na co ledwo starczyło podłogi w pokoju – po czym narysowaliśmy kreskę łączącą Warszawę z Gdynią (z której droga na Hel jest już tylko jedna). Następnie na powrót rozdzieliliśmy kartki i włożyliśmy je do teczki. Założenie było proste – nie oddalać się na więcej niż dwa centymetry od kreski i wyznaczać noclegi w pobliżu rzek, żeby dało się zażyć kąpieli i zrobić małe pranie. Wyznaczyliśmy też dzienny dystans do pokonania w przedziale 40-50 kilometrów.

Pierwszego dnia wyprawy, rozpoczętego kółeczkiem wokół Pałacu Kultury, a zakończonego nad rzeką Wkrą w okolicach Pomiechówka, rozwiały się nasze wyobrażenia o całym przedsięwzięciu. Przede wszystkim okazało się, że zdecydowanie trudniej chodzi się z 10-kilowym plecakiem – na którego ciężar składały się między innymi namiot, karimata i śpiwór – oraz z brakiem perspektyw na dłuższy odpoczynek. Dodatkowo kumpel nie posmarował sobie jednego ramienia kremem z filtrem, przez co pod wieczór wyglądał, jakby ktoś potraktował go żelazkiem. Bolały nas nogi i plecy, a dotarliśmy jedynie do miejsca, do którego w ciągu niecałej godziny można dojechać samochodem. Pierwszego dnia byliśmy chyba najbliżej rezygnacji z całej wyprawy. Przekonaliśmy się też, że nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie, oraz że o żadnym piwkowaniu nie może być mowy. Wytrwaliśmy w postanowieniu tylko dlatego, bo nie chcieliśmy oglądać drwiących uśmieszków na twarzach znajomych, którzy z nami nie poszli.

Kolejne dni były mniej rozczarowujące, bo nie nastawialiśmy się już na przyjemny spacerek. Przechodząc przez różne wioski i miasteczka wszędzie obserwowaliśmy ten sam obrazek. Sklep z piwem, a przed nim ekipka, najczęściej złożona z przedstawicieli trzech pokoleń. Dzień powszedni, sobota czy święto, bez znaczenia. Już po pierwszych zakupach zorientowaliśmy się, że nie warto mówić, iż jesteśmy z Warszawy. Wiadomo, jako ludzie z turystycznymi plecakami, chustami na głowach i kijami w rękach, stanowiliśmy dla miejscowych atrakcję. Zawsze nas zagadywano i zawsze z agresją reagowano na miasto, z którego wyszliśmy. Woleliśmy dla świętego spokoju odpowiadać, że jesteśmy z niezbyt znanego, 10-tysięcznego Żuromina. Ostatnia rzecz, jakiej wtedy potrzebowaliśmy, to szamotanina z lokalnymi pijaczkami.

Żuromin przyszedł nam do głowy, bo z tego miejsca pochodzi jeden z naszych kolegów. I właśnie to miasteczko było naszym przystankiem numer cztery. Kumpel wyjechał po nas na rowerze, zsiadł i zaproponował, żebyśmy przewiesili plecaki przez ramę. Popatrzyliśmy tylko po sobie i stanowczo odmówiliśmy. Chcieliśmy dojść bez niczyjej pomocy, czy podwózki. Na własnych nogach, z całym ekwipunkiem na plecach.

W ogóle nasze unikanie jakichkolwiek ułatwień niosło ze sobą ciekawe konsekwencje. Nie staliśmy przy drodze, nie mieliśmy transparentów i do nikogo nie machaliśmy, ale samochody i tak się przy nas zatrzymywały. Któregoś razu zbliżał się zmrok, a my szliśmy leśną drogą, mając do najbliższej wioski jakieś trzy kilometry. Obok nas przejechał samochód, po czym po stu metrach kierowca zatrzymał się i niezgrabnie zawrócił na pięć razy. Chwilę później całą operację powtórzył tuż za naszymi plecami, podjechał, otworzył szybę i zaproponował podwózkę. Grzecznie podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że chcemy dojść z pieszo. Popatrzył na nas z niezrozumieniem i odjechał bez słowa.

Wracając jeszcze do Żuromina – zrobiliśmy tam jakże potrzebną nam przerwę. Przeszliśmy tego dnia zaledwie 25 kilometrów, po czym wzięliśmy gorący prysznic, wypraliśmy ciuchy, zjedliśmy normalny posiłek i spaliśmy w prawdziwym łóżku. Poczuliśmy się na tyle pewnie, że przed snem poszliśmy na stadion Wkry wypić kilka piw, które w pierwotnym założeniu miały się pojawiać codziennie, i to w dużych ilościach.

Rano wstaliśmy jak gdyby nigdy nic i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzień akurat był dość pochmurny, więc specjalnie nie chciało nam się pić. Konsekwencje odczuliśmy dopiero pod wieczór, dwa kilometry od wyznaczonego celu, robiąc zakupy w ostatniej przydrożnej wiosce. W odstępie jakichś dwóch minut zrobiło nam się ciemno przed oczami i zaczęło brakować tchu. Najpierw mi, potem kumplowi. Musiałem momentalnie przerwać zakupy, wyjść przed sklep i położyć się na ziemi, a po chwili – już w pozycji siedzącej – oglądałem jak to samo robi kolega. Cudem udało nam się dokończyć zakupy, ale nie mieliśmy już siły dalej iść. Rozbiliśmy więc namiot w samym środku wioski, tuż przy przystanku PKS, na którym imprezkę rozpoczynała okoliczna młodzież w dresach. Jak widać nasze zmęczenie było zdecydowanie silniejsze niż rozsądek. Szczęśliwie miejscowi ograniczyli się jedynie do kilku niewybrednych komentarzy.

Przekonaliśmy się jednak, jak kończy się picie alkoholu w połączeniu z dużym wysiłkiem fizycznym.

Daleki jestem jednak od stwierdzenia, że ze strony lokalnej ludności spotykały nas jedynie zaczepki. Przeciwnie, większość ludzi – mimo że niektórzy nie dowierzali – trzymała za nas kciuki. Sklepikarz z Iławy z miejsca zainteresował się, skąd idziemy. Kiedy odparliśmy, że z Warszawy, dopytał czy chodzi nam o dworzec PKP. Chwilę później gratulował nam pomysłu i z uznaniem kiwał głową. Inna pani ze sklepu nie pozwoliła nam zapłacić za wodę. Powiedziała też, że chce być naszym sponsorem, więc możemy sobie wziąć dowolny towar bez płacenia. My jednak byliśmy na tyle zmęczeni, że nie mieliśmy ochoty kompletnie na nic. Po raz kolejny pozostało nam jedynie podziękować za okazaną życzliwość.

Po jakimś czasie już nikt nie musiał nas zaczepiać, czy prowokować, żeby było gorąco, napiętą atmosferę wywoływaliśmy sami. Jeżeli dzień w dzień rozmawia się z tym samym człowiekiem przez czternaście godzin, a w dodatku każda część ciała mniej lub bardziej boli, to po prostu nie ma możliwości, by jeden skrajnie nie wkurwiał drugiego. Po tygodniu nie mogliśmy już na siebie patrzeć, a każdy temat obgadaliśmy po kilkanaście razy. Punktem zapalnym mogło być więc cokolwiek, nawet inaczej zapamiętany dzień z dzieciństwa. Z czasem każda różnica zdań powodowała kłótnię, po której milczeliśmy przez dwie godziny. To, że ani razu nie doszło do rękoczynów, można nazwać cudem. Tym właśnie sposobem mała liczebność – wcześniej nasza siła – zamieniła się w duży problem.

Cała wyprawa trwała dziewięć dni i zakończyła się sukcesem, chociaż zmuszeni byliśmy zmienić punkt docelowy. Żeby się kompletnie nie zmasakrować, doszliśmy nad morze na wysokość Stegny, z której następnego dnia pojechaliśmy autokarem na Hel. Radość i satysfakcja były jednak ogromne. Do dziś największym komplementem są dla mnie słowa: e tam, pierdolisz, nie wierzę ci. Muszę powiedzieć, że po żadnych innych wakacjach nie czułem się tak wypoczęty, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Nie przedłużając – taki sposób spędzenia urlopu polecam każdemu.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑