Praktyczne porady Wyszło: czy warto inwestować w trenera personalnego?

Opublikowano Maj 22, 2015 | przez lucky bastard

Clipboard01

Siedzisz wieczorem przed telewizorem. Po twej prawicy – miska z czipsami, w której co i raz zanurzasz tłustą dłoń. Po twej lewicy – puszka z piwem, którą popijasz w przerwach w jedzeniu. W pewnym momencie na ekranie pojawia się piękny pan z jeszcze piękniejszą panią. Zazdrościsz mu, robi ci się smutno. Odstawiasz swoje oręża władzy na stolik i łapiesz za oponkę. Błyskawicznie podejmujesz decyzję – to koniec, od jutra chodzę na siłownię.

I chociaż jesteś zmęczony po pracy i drałowanie jest ostatnią rzeczą, na którą masz ochotę, zaciskasz zęby i idziesz kupić karnet. Siłowni w dzisiejszych czasach jest całe multum, o zróżnicowanym spektrum cen i sprzętu. W stolicy każda dzielnica ma ich przynajmniej kilka. Wybierasz tę najbliższą, wchodzisz, kupujesz roczny karnet. Tak, żeby przypadkiem po drodze nie zabrakło motywacji. Pojawiasz się na sali, przyciągając spojrzenia zainteresowanych ćwiczących. Jesteś nowy, kompletnie nikt cię nie kojarzy. Nigdy nie ćwiczyłeś, nie masz kompletnie żadnego doświadczenia. Przebierasz się i… nie wiesz co robić. Widzisz dziesiątki urządzeń, lin, sztang i hantli, ale nie masz pojęcia jak korzystać z tego tak, aby przyniosło rezultat.

Wyjściem może okazać się trener personalny.

Niektóre siłownie w ramach zachęty oferuję konsultację i pierwszy trening za darmo. Ja miałem tak w Pure Jatomi, więc z czystym sumieniem mogę podzielić się spostrzeżeniami, plusami, czy minusami tego typu usługi. Pierwsze spotkanie, tak jak wspomnieliśmy, to konsultacja. Polegało na ogólnej rozmowie o celach, sposobie odżywiania czy wcześniej uprawianych sportach. Ciekawą częścią był też pomiar wagi, tkanki tłuszczowej, tkanki mięśniowej czy wieku metabolicznego. To ma powiedzieć trenerowi, jak bardzo jesteśmy bądź też nie jesteśmy w dupie na starcie.

Druga część to trening. W oczach trenera, często kulturysty – łatwy, lekki i przyjemny. Rozciąganie, pompki, wypady, deski, liny. Bez użycia ciężarów, po to, by w ogóle sprawdzić na co nas stać. Jedynym obciążeniem jest ciężar naszego ciała. Ja byłem zmęczony już po dziesięciu minutach, czyli w połowie rozgrzewki, a po kolejnej serii pompek i kolejnym podciąganiu się na linie, nie wytrzymałem.

– Trenerze, serio nie dam rady.

– Nie pierdol, nie mów tak, oczywiście, że dasz radę, bądź facet!

– OK, ale muszę do łazienki.

– Będziesz rzygał? Spoko, normalka, ale potem wróć, to dokończymy.

I rzeczywiście, mój żołądek nie wytrzymał. Potem jeszcze minutowa deska i piętnaście minut biegania. W szatni trudno było zmienić spodnie. Wszystkie mięśnie jak z waty, ale mimo tych nieciekawych przygód trening personalny ma wiele plusów, szczególnie dla kogoś, kto:

a) nigdy nie miał styczności z siłownią

b) nie ma kolegi, który może mu wszystko wytłumaczyć

Niestety, treningi nie są tanie. W przypadku sieci godzina kosztuje 130zł. To mniej-więcej tyle, ile miesięczny karnet przy umowie na rok. Dziś mamy internet, gdzie wszystkie możliwe ćwiczenia i przyrządy są szczegółowo rozłożone na czynniki pierwsze, ale… czasem to nie wystarczy. Nie każdy jest tak lotny, że wszystko przyswoi przez monitor czy ekran smartfona, a technika jest szalenie ważna.

Konkluzja? Jeśli jesteś absolutnym żółtodziobem, proponujemy wykupienie chociaż jednej godziny. Nawet gdybyś w połowie musiał biec do kibla.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑