Poradnik przetrwania: wyprzedaże

Opublikowano Styczeń 14, 2013 | przez Redakcja

Błogosławię w życiu trzy rzeczy: termoaktywną bieliznę sportową, konsole do gier i umiejętność powstrzymania się na wyprzedażach.

Nic więcej, nic mniej. Być może kilka rzeczy ma dla mnie prawie tak samo duże znaczenie – hamburgery, iPad i BCAA będą w czołówce – ale te siedzą w mojej głowie na absolutnym tronie.

Kiedyś moje życie było jednak inne. Kiedyś, ze dwa, może trzy lata temu, byłem niewolnikiem. Kiedy zaczynały się sezonowe wyprzedaże, kiedy na metkach i witrynach pojawiały się obniżki o 30, 50, 70 procent, mój portfel otwierał się jak szczęka na widok Kate Upton, a mózg wyłączał wszystkie funkcje oprócz podpisu na wydrukach z karty kredytowej.

Kiedy zaczynali rozdawać za półdarmo, byłem chytrym dziadem z Warszawy.

W zasadzie, jako sprzedawca, mogłeś mi opchnąć wszystko, jeśli znalazłeś tylko jeden malutki punkt zaczepienia. „Świetnie w tym wyglądasz, pasuje ci”. „Ja bym to brał od razu, to ostatnia sztuka” – rzucił od niechcenia wyuczoną formułkę gość w Londynie czy Berlinie i łapał mnie w sieć, w której z uśmiechem na ustach szykowałem pieniądze, przekonany o tym, że właśnie spadł na mnie szczery komplement, wypowiedziany przez nowego przyjaciela, który aktualnie dba jedynie o mój sukces na społecznej drabinie stylu.

Tylko niskiemu poziomowi wyszkolenia polskich załóg galerii handlowych zawdzięczam, że jakoś to przetrwałem bez kredytu.

Mogłem oszczędzać, mogłem być w kryzysie, mogłem mieć za duży brzuch na tę koszulkę („Schudnę do wiosny. Na pewno!”), mogłem kompletnie nie potrzebować tego czegoś („Spodnie dokupię potem!”) – ale kiedy zaczynali rozdawać za półdarmo, byłem chytrym dziadem z Warszawy.

Miałem w szafie rzeczy, których nie założyłem nigdy. Miałem tyle koszul, że gdybym chciał, przez miesiąc nie robiłbym prania. Miałem marynarkę, którą kupiłem gdzieś za granicą, „bo u nas nie ma sklepów tej marki”, buty z gatunku „ten styl jeszcze na pewno wróci” i kilkanaście par jeansów, dwie trzecie z nich za duże – „z wyprzedaży, to nie muszą być idealne, poprawi się w Warszawie”.

Gówno się poprawiło. Nigdy, przenigdy, nie zrobiłem użytku z żadnej z tych rzeczy, których nie potrzebowałem, ale żal mi było przegapiać szansy. Wydałem, lekko licząc, kilkadziesiąt tysięcy złotych na śmieci, z których większość w końcu wylądowała w domu dziecka: przynajmniej tam się przydadzą.

Kiedy raz do roku sprzątałem szafy, nie potrafiłem nawet przed sobą przyznać, że niektórych rzeczy nie założę na sto procent. Kiedy patrzę dziś na swoje zdjęcia, lituję się nad tym biednym chłopaczkiem z Polski, który myślał, że jest ikoną stylu, a w rzeczywistości wyglądał jak typowy chłystek, który wyszedł z galerii handlowej lżejszy o dwa tysie. Kopia kopii, jeden z miliona.

Bezbronność, to jest słowo, którego szukam. 

W powrocie do normalności najbardziej pomógł mi sport. Kiedy zacząłem regularnie biegać i mieścić się w kupione dawno temu na zapas rzeczy, zrozumiałem: w połowie z nich wyglądam, jak wieśniak. Nie było to łatwe. Człowiek lubi myśleć o sobie, że jest lepszy niż inni, ale to iluzja. Żółty sweter do niebieskich jeansów zawsze – nieodwołalnie – będzie robił z ludzi podrośniętych dresiarzy.

W tematach nieoczywistych recenzowały kobiety: kiedy spotkałem tę z klasą, nie wahałem się ani chwili i dom dziecka dostał kolejny transport.

Oczywiście wszystko to z nadzieją na kolejne zakupy: stare rzeczy miałem zastąpić nowymi.

I znów wrócił tu sport. Człowiek zapierdala te kilometry, poci się jak świnia, ma tego dość, ale jednak ciśnie, kończy ten trening, nienawidzi go jak psa, je pięć posiłków dziennie, mrozi bolące mięśnie, odlicza sekundy i zdejmuje je z życiówek i… gdzieś, w pewnym momencie, czy to podczas zbierania na kolejny niezbędny do nowej ekstremalnej zajawki gadżet, czy to po wyjściu w góry, po którym okazuje się, że wszystko, co masz, wymaga natychmiastowego upgrade’u, orientujesz się, że jedyne, co Cię obchodzi, to żeby ludzie nie widzieli, w czym chodzisz, a zaczęli widzieć Ciebie.

Chcesz być tłem, chcesz, żeby oceniano to, na czym nosisz, a nie to, co nosisz. Chcesz być mniej widoczny.

Miłe to, nie kryję. Przy okazji, w warunkach ostrego zużycia, pozbyłem się złudzenia i ślepej wiary w znane marki. Nie zauważysz tego w nocnym klubie, bo najbardziej ekstremalną sytuacją, jaka Cię spotka, będzie oblanie spodni drinkiem, ale gdy rękawiczki z marketu budowlanego zaczynają u Twoich kolegów spisywać się lepiej, niż dziesięciokrotnie droższe, którymi chciałeś zarządzić, zaczynasz myśleć: „A może oddzielę kwestię nazwy od jakości i następnym razem wybiorę coś dużo tańszego, skoro spisuje się wystarczająco dobrze”?

I wtedy następuje kolejny przełom. „O” – myślisz – „a może nie kupię ponownie butów z reklamy w gazecie dla lordów, skoro w poprzedniej parze podeszwa odkleiła się od buta po jednej cięższej zimie”? „Aha” – konstatujesz – krawat za 50 złotych jest dokładnie z tego samego, co krawat za 500″. Patrzysz na te metki i odłączasz się od reklam. Ciężkie, wiem. Ale możliwe.

Aha, i nigdy, przenigdy, nie kupujesz czegoś tylko dlatego, że jest tanie. NIGDY. 

***

Stoję w tych galeriach, gdzie czasem, dla zabawy, pójdę, bo lubię się gapić na ludzi. Patrzę na ten tłum, pędzący do kas z kolejnymi szmatami w rękach. Dziś najbardziej irytują mnie ci z fabrycznie zrobionymi w na łokciach łatami. Ja swoje dorobiłem, bo mam tam dziury, a nie, bo jakiś Azjata szorował dobry ciuch godzinę pumeksem.

Wtedy mogę kupić coś nowego: jak stare przestanie nadawać się do wyjścia na ulicę.

fot. markhillary

Panicz

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑