Potrzebny, pełen ciepła banał. „Listy do M.” wracają w niezłym stylu

Opublikowano Listopad 29, 2015 | przez Tomas

1

Powracają po czterech latach. W bardzo podobnym tonie, kontynuując swą opowieść – to znowu jest wielowątkowa historia, w dużym stopniu tych samych postaci. Opowiedziano ją w ciepły, humorystyczny, ale i skłaniający do myślenia sposób. Jak ogląda się drugą cześć „Listów do M.”?

Karolak, Adamczyk, Żmuda Trzebiatowska, Stuhr, Dygant… Tak, znacie ich dobrze. Zwłaszcza tę pierwszą dwójkę. Ludzie, bez których polskie kino nie istnieje, ale tylko dlatego, że producenci kurczowo się ich trzymają, nie stawiając na nowe nazwiska. Nie musi to oczywiście oznaczać, że oklepany wyraz twarzy Karolaka męczy. On jest tym, który film nakręca i ciągnie do przodu: znów przebrany za świętego Mikołaja, z przygodami łóżkowymi, wpadający w kolejne kłopoty, poszukujący każdego grosza i przede wszystkim walczący o miłość swojego syna.

„Listy do M.” to, tak jak w pierwszej części, sterta historii, które początkowo są zupełnie od siebie niezależne, by w końcu zacząć się łączyć i przenikać. Syn wrabia nieśmiałego ojca w zaręczyny, ścieżki byłego małżeństwa ciągle się przecinają, ten zły święty Mikołaj ratuje życie, nieszczęśliwy facet w związku z piękną i bogatą kobietą zakochuje się w bezkompromisowej dziewczynie ze wsi.

To banalne historie, do bólu przewidywalne (choć wcale nie przeciągnięte), kompletne przeciwieństwo – choć to inny gatunek filmu – „Dzikich historii”. Ten scenariusz był już przerabiany tysiące razy, na wszelkie możliwe sposoby, a ten tutaj przedstawiony jest tym najłatwiejszym. Nie, nikt się tutaj nie przemęczał i nikt nie wymaga od widza wysiłku.

Klimat, tak jak i w pierwszej części, mocno świąteczny. Wszystko dzieje się 24 grudnia – na ulicach Warszawy, w każdym możliwym zakątku miasta, leży śnieg. Na tym mrozie samochód nie zawsze chce odpalić, a nie odpala, gdy jest najbardziej potrzebny. Do tego gorączkowe przygotowania do rodzinnego spotkania, ostatnie chwile zakupowego szału i poszukiwania prezentów w galerii handlowej. Ale i również dzień refleksji. Ten, w którym przypominamy sobie, w jakim jesteśmy miejscu i jaką rolę odgrywa dla nas miłość. Ta zaniedbywana przez ojca względem syna, ta po ciężkich bojach i furze problemów wieloletniego małżeństwa, ta w chorobie i walce o życie czy ta, w której oszukujemy samego siebie, żyjąc świadomie w niewłaściwym związku.

Są tutaj momenty ciężki i trudne, które skłaniają do myślenia o śmierci. Ten wątek przewija się chyba nawet zbyt często – bo i przy próbie samobójczej, i życiu na wózku inwalidzkim oraz w poważnej chorobie.

Ale klimat tego filmu przede wszystkim jest ciepły. Tworzy historie, które – choć naciągane – przynoszą pozytywny finał i sprowadzają zagubionych bohaterów na właściwą drogę. Poprawiają humor, bawią, pozostawiają wiarę w ludzkość i wprowadzają w nastrój świąt. Tak, takie filmy, które pozostawiają na widzu pozytywny czar, też są potrzebne.

Komentarze

Ciepło i magia świąt
Urok zimowej Warszawy
Energia Żmudy-Trzebiatowskiej
Zmuszanie do refleksji

Podsumowanie: Klimat tego filmu przede wszystkim jest ciepły. Tworzy historie, które – choć naciągane – przynoszą pozytywny finał i sprowadzają zagubionych bohaterów na właściwą drogę. Poprawiają humor, bawią, pozostawiają wiarę w ludzkość i wprowadzają w nastrój świąt. Tak, takie filmy, które pozostawiają na widzu pozytywny czar, też są potrzebne.

3.8


Ocena użytkowników: 1.7 (29 głosów)

Tagi:



Back to Top ↑