Poznajcie najbardziej zaskakujące decyzje w historii rozdawania Oscarów

Opublikowano Luty 22, 2015 | przez lucky bastard

W nocy z niedzieli na poniedziałek odbędzie się osiemdziesiąta siódma gala Oscarów. Przypuszczamy, że będzie klasycznie, czyli bez względu na to komu przyznają nagrody, to i tak w akademię uderzy fala krytyki. Nie ma na to szczególnej rady – gusta są różne łamane na bardzo różne, wszystkich zadowolić zwyczajnie się nie da. Ale nawet biorąc to pod uwagę, trzeba przyznać, że niejednokrotnie podejmowano takie wybory, które diabelnie trudno obronić.

citizen kane

„Obywatel Kane” to obraz tyleż słynny, tyleż w swojej wadze dla kinematografii monumentalny, co niejadalny dla przeciętnego widza. Ale gdy tylko krytycy zabierają się za komponowanie topowych rankingów, wówczas dzieło Orsona Wellesa praktycznie pozbawione jest szans na wyjście z pierwszej piątki.

To arcydzieło, które pod wieloma względami odmieniło kino, układając fundamenty pod współczesny film. Definicyjny przykład, gdy dzieło wyprzedziło estetykę swoich czasów, i może dlatego właśnie w 1942 przegrało zarówno w kategoriach za film jak i za reżyserię, oglądając plecy „How Green Was My Valley”…

 harry i tonto

 Nie widzieliście „Obywatela Kane’a” albo nie zrobił na was wrażenia? Możliwe, do najłatwiejszych w odbiorze nie należy. Ale na pewno widzieliście „Ojca Chrzestnego: część drugą” i to nie raz, nie dwa, nie trzy. Pacino jako Michael Corleone – cóż za rola, prawda? Tak się wskakuje do panteonu najlepszych aktorów, tak się cementuje swoją pozycję.

Pacino miał jednak bardzo poważnego rywala do statuetki, a był nim Jack Nicholson, który zagrał pierwsze skrzypce w kultowym „Chinatown” Polańskiego. Rola dobrze skrojona pod możliwości Jacka, z pewnością jedna z jego najlepszych.

Ale ostatecznie nie wygrał ani jeden ani drugi. Obu pogodził Art Carney, który zagrał… faceta z kotem w „Harry i Tonto”. Jak dziś się uważa, nagroda ta była równie zasadna, co umieszczenie Casillasa i Iniestety w jedenastce 2014 roku – a więc rozstrzygnęły dawne zasługi.

coppola

Zresztą z serią „Ojca Chrzestnego” związana jest jeszcze jedna historia. Francis Ford Coppola przegrał bowiem z Bobem Fossem w wyścigu o statuetkę za reżyserię. Foss nakręcił „Cabaret”, dzieło nie mające choćby cienia rozmachu „Ojca Chrzestnego”, nie mówiąc o długowieczności i jakości. Ale znowu, jak to często w przypadku nagród bywa, tym razem kierowano się zasadą – każdemu trochę. Film Coppoli swoje już tego wieczoru zgarnął, więc postanowiono docenić tu kogoś innego, choć Coppola zostawiał rywala za plecami o dwie długości.

taxi

Stallone, drogi Stallone. Nikt nie lubi twoich filmów bardziej niż my, a „Rocky” jest twoim najlepszym dziełem. Każdą część tej serii (no dobra, poza piątą) oglądamy z przyjemnością, choć widzieliśmy je już po milion razy. Jedynka w kategorii filmów sportowych większość konkurencji nokautuje w pierwszej rundzie.

Ale jest jeden problem. W 1976 roku rywalem „Rocky’ego” był „Taxi Driver”, a z całą sympatią dla Sylvestra, jest to inny ciężar gatunkowy, inna moc. „Rocky” wypada w porównaniu z „Taksówkarzem” jako film pozbawiony głębi i siły, choć przecież to jedne z jego głównych atutów. Akademii, naturalnie, nie przeszkodziło to jednak w tym, by sympatyczny bokser znokautował Roberta De Niro.

raging bull

„Zwykli ludzie”, reżyserski debiut Roberta Redforda, czyli film dobry, ale niewiele więcej. Jeden z najmniej zapadających w pamięć oskarowych zwycięzców, jeden z najbardziej zapomnianych. A tymczasem za jego plecami czaiły się takie klasyki, jak „Człowiek Słoń” Davida Lyncha, a także „Wściekły Byk” z trio Scorsese, Pesci i De Niro. To dziś filmowy kanon, panteon, podczas gdy „Zwykli ludzie” cóż, niezła opcja w poniedziałkowy wieczór, gdy w okolicy nie dzieje się nic ciekawego.

 apocalypse now

 „Kramer vs Kramer” rozniosło w pył Czas Apokalipsy: 3:0, dziękujemy, dobranoc, proszę się rozejść do domów. Brando i spółka przegrali na tak prestiżowych frontach, jak kategorie „najlepszy film”, „najlepszy reżyser”, „najlepszy scenariusz adaptowany”, oczywiście za każdy razem na rzecz Kramerów. Nie mamy zwycięzcy za kino słabe, ale dajcie spokój – „Czas Apokalipsy” to filmowa legenda.

hitchcock

No dobra, może nieco przesadziliśmy, bo słowem takim jak legenda to można określić, powiedzmy, Alfreda Hitchcocka. Jednego z tych reżyserów, którzy są tak znani, że możesz w ogóle nie interesować się kinem, a wiesz co to za gość. A przecież facet kręcił filmy pare ładnych dekad temu.

Hitchcock to element popkultury, dostał się tam on, jego styl, jego powiedzonka i poglądy na kino. Cała plejada filmów to klasyki, a niektóre, takie jak „Psychoza”, otwierały nowe drogi dla filmowców. Nigdy jednak nie doczekał się statuetki za najlepszą reżyserię (mimo pięciu nominacji), choć przecież był jednym z pionierów tej sztuki!

saving private ryan

 Na koniec sprawa dość świeża. Pamiętacie pierwszy raz z „Szeregowcem Ryanem”? My tak. Takiego kopniaka na wejściu nie można dostać nawet na wiejskiej dyskotece. Gęsia skórka jest rozsądną reakcją na jedną z najbardziej poruszających scen wojennych w historii kina. I bynajmniej na plaży Omaha przecież wybitność „Szeregowca Ryana” się nie kończy, o czym przekonywać was nie muszę, bo wszyscy znacie ten film.

Jak natomiast wyglądał wasz pierwszy raz z „Zakochanym Szekspirem”, który pobił Spielberga i Hanksa w drodze do Oskara? Czy to pamiętacie? Pewnie nie, bo nigdy tego nie oglądaliście, a jeśli tak jest, to nie martwcie się, nie tylko wy. Polecamy wam ten film, gdy szukacie inteligentnej komedii romantycznej. Ale nie polecamy, jeśli macie ochotę na zdecydowanie lepszy obraz niż „Szeregowiec Ryan”.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑