Prawdziwe ekipy powoli się kończą, korzystajcie, póki czas

Opublikowano Wrzesień 7, 2014 | przez Gofrey

DSCF1365

Dziesięć, może piętnaście osób, naturalnie do czasu, gdy do ekipy zaczynają dołączać pierwsze kobiety. Wspólne przedszkole, wspólna podstawówka, treningi w jednym klubie, wspólne gimnazja, wspólne bójki na osiedlu, wspólne osiemnastki i imprezy w centrum miasta. Czasem trochę bliżej, czasem trochę dalej, ale przecież wystarczy wyjść z psem, by posiedzieć z połową paczki, wyjść na miasto, by pociągnąć za sobą drugą połowę. Razem na wakacje, razem w każdy dym, nie zawsze całą dziesiątką, czy piętnastką, ale od zawsze w podobnym gronie.

Ekipy osiedlowe z bloków w wielkich miastach to najlepszy dowód, że nawet w tych teoretycznie anonimowych miejscach, gdzie sąsiad mieszkający trzy klatki dalej to już prawie inna narodowość, ludzie czują ogromną potrzebę przynależności do grupy. Nie tylko szerokiej – to widać już po pierwszym rzucie oka na dowolną klasę w liceum, gdzie na trzydziestu dzieciaków, dwudziestkę śmiało dałoby się przypisać do którejś z subkultur. Także tej wąskiej, prawie graniczącej z rodziną. I cholernie szkoda, że to wszystko odchodzi do lamusa.

Oczywiście nie będziemy przekonywać, że za moment ludzie zamkną się w swoich mieszkaniach i nawet kontakty z najbliższym przyjacielem ograniczą do wymiany postów na facebookowej ścianie i kilku prywatnych wiadomości. Wiadomo, że powoli przenosimy się do przestrzeni wirtualnej, ale dramatyzowanie, że niedługo ojcowie z synami będą się porozumiewać via Facebook to jednak przesada. Groźniejsze, a może nawet nie groźniejsze, a smutniejsze jest bowiem… zmniejszanie się naszego świata. Szkoła na drugim końcu miasta to już nie abstrakcja, ale normalność. Podstawówka na zachodzie miasta, gimnazjum w centrum, liceum w innym województwie, studia w innym państwie. Inni przyjaciele na podwórku, inni na imprezach, jeszcze inni na siłowni.

Osiedle już nie spaja, bo kiedy spotykać się z kumplami pod blokiem, skoro ekipa z technikum właśnie zbiera się dziesięć kilometrów dalej? Jak utrzymać przyjaźnie z dawnych lat, gdy czas goni, gdy samochód już się grzeje, by ruszać do kolegów z innego miasta? Z jednej strony to całkiem fajne – gdziekolwiek w Polsce jesteś, pewnie masz tam znajomego, z którym można iść na browar. Na każdym osiedlu, nawet w dużym mieście, możesz spotkać kumpli, na każdej ulicy możesz się natknąć na kogoś, z kim kiedyś gdzieś dzieliłeś troski i radości.

Mam jednak wrażenie, że nic nigdy nie zastąpi prawdziwej ekipy, takiej od przedszkola, przez każdy szczebel edukacji, po wspólne wakacje z żonami. Od pierwszych bójek do pierwszych dzieciaków. Wiadomo, drogi pewnie kiedyś się rozjadą, z dziesiątki zostanie piątka, albo trójka, ale te dwadzieścia, może trzydzieści lat spędzonych wspólnie, na placach zabaw, na osiedlach, boiskach, w knajpach i w kurortach – to coś zupełnie innego, niż dorywczy znajomi na kilka sezonów.

Mam wrażenie, że z całego wachlarzu zmian w stylu życia, ta jest wyjątkowo przykra. To, że kasety w walkmanach zmieniły miniaturowe iPody to detal, tak jak i to, że na piwo umawiasz się nie w pracy, ale na Facebooku. Ale fakt, że na piwo co dwa-trzy lata umawiasz się z kompletnie innymi ludźmi… To coś, czego nie zauważamy, a co – moim zdaniem – jest naprawdę dużą stratą.

Warto cieszyć się tymi „oldskulowymi” ekipami, dopóki jeszcze istnieją. Trochę żal, że naszych dzieciaków ta frajda kompletnie ominie.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑