Premiera tygodnia: oglądamy film Manglehorn, sprawdzamy formę Ala Pacino

Opublikowano Czerwiec 27, 2015 | przez lucky bastard

0004F35HB4N016Q7-C322-F4

Obejrzeliśmy ten film z dwóch powodów. Po pierwsze: ciekawiło nas, jak po latach radę daje sobie Tony Montana. Po drugie: byliśmy trochę zszokowani niskimi ocenami i mocno średnimi recenzjami. W końcu to Al Pacino, ikona kina, potomek Sycylijczyków z Corleone. Tym razem, dla odmiany, nie jest ani włoskim mafiosą, ani urokliwym amantem. Wciela się w postać tytułowego Manglehorna – starego, ekstremalnie zgorzkniałego i gaszącego każdy, choćby najmniejszy płomyczek optymizmu, który pojawi się w polu widzenia.

Motywami przewodnimi filmu są nuda, melancholia, jednostajność. Niespełnione marzenia i przede wszystkim niespełniona miłość. Żywa od dziesiątek lat, teoretycznie podtrzymana listownie. Każda wysłana korespondencja wraca bowiem do Manglehorna, czyli adresata, a konkretnie do jego postawionej przed domem skrzyneczki, na której to na dobre zagnieździły się osy. To jeden z symboli, których bardziej wprawne oko znajdzie przynajmniej kilkanaście.

Problemem tego filmu jest to, że z założenia miał wzbudzać refleksje. Popchnąć do tego, żeby zamknąć się w pokoju, posiedzieć chwilę samemu i porozmyślać nad przemijaniem. Nad tym co mamy teraz, a co niedługo czas może nam brutalnie odebrać. Tego zamierzenia do końca spełnić się jednak nie udało. Następuje przegięcie w drugą stronę. Postać grana przez Pacino jest tak antypatyczna, tak dziwaczna, że najzwyczajniej w świecie nie mamy ochoty na nią patrzeć. Stary facet, ślusarz, mieszkający wyłącznie z kotem i przelewający na niego ostatnie rezerwy uczuć przeznaczonych dla ludzi. Aspołeczny, nie potrafiący nawiązać kontaktu, ani docenić życzliwości czy zainteresowania teoretycznie bliskich mu osób.

0004F35CSO15KHQ8-C322-F4

Można dostrzec pewne analogie pomiędzy Manglehornem, a Gran Torino z Clintem Eastwoodem. Aktorzy starej daty, zgorzkniałe charaktery. Z tym, że w Gran Torino mieliśmy emocje, ciekawy wątek, jakieś zwroty akcji. I fenomenalną puentę. Film z Pacino to linia prosta. Sceny mające budzić emocje, budzą raczej uśmiech politowania. Ewentualnie zmuszają do szerokiego otwarcia oczu, ale nie z podziwu, a braku jasnego przekazu. Aria operowa w banku, krojenie kota na stole operacyjnym czy miąższ arbuzów zamiast krwi. No nie, chyba nie tędy droga.

Film nie ma w sobie świeżości, momentu zaskoczenia. Choćby jednej sceny, przy której mimowolnie powiedzielibyśmy „wow”, co przecież cechuje kino z najwyższej półki. Pacino robi klimat, to trzeba przyznać, ale nie ratuje produkcji jako całokształtu. Granica między melancholią, a nudą jest bardzo cienka. Tutaj najwyraźniej została przekroczona.

Komentarze

Forma Pacino
Poziom zgorzkniałości bohatera
Tembr głosu Ala
Scena z arią operową w banku

Podsumowanie: Oglądać tylko mając dobry humor. W przypadku gorszego dnia seans grozi depresją.

3.5


Ocena użytkowników: 4.2 (2 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑