Terminator: Genisys – śmiech na sali

Opublikowano Lipiec 11, 2015 | przez MB

termi

Film, w którym Arnie powraca jako słynny terminator, był jedną z najgłośniej zapowiadanych premier 2015 roku i wpisał się w cały cykl produkcji reanimujących kinowe symbole sprzed lat. Operacja na starym blaszanym ciele przebiegła wyjątkowo boleśnie.

Fani kultowej serii mieli zepsutą zabawę jeszcze przed wejściem filmu do kin. Gdyby teraz krzyknęli „pobite gary”, nikt nie miałby do nich pretensji. Zwiastuny oraz plakaty zdradziły właściwie wszystko to, co ewentualnie mogło ich zaskoczyć. Stąd mówienie w przypadku „Genisys” o zwrotach akcji jest kompletnie na wyrost. John Connor okazał się terminatorem i chyba na nikim nie zrobiło to wrażenia.

Filmowi można zarzucić wiele, ale największym jego grzechem jest podejście w sposób trywialny do popkulturowych już symboli. O tym, że Schwarzenegger ma dystans do siebie i swoich słynnych ról wiadomo nie od dziś. Ma to sens, kiedy pajacuje w telewizyjnych programach rozrywkowych, ale kiedy wciela się w legendarnego T-800, wypadałoby żeby zachował kamienną twarz. Twórcy filmu poszli niestety w stronę dowcipkowania i zamiast Terminatora przez wielkie T, dostaliśmy jego karykaturę. Arnie został zepchnięty na drugi plan a jego rola ograniczona do mało zabawnych gagów.  To niestety kolejny dowód na to, że Arnold nie jest już bad assem. Jest pociesznym misiem.

„Terminator: Genisys” to jednak nie tylko on. Pierwszy plan przypadł w udziale Jaiowi Courtneyowi oraz Emilii Clarke. Courtney to raczej drugorzędny aktor filmów akcji, który upodobał sobie partnerowanie podstarzałym gwiazdom. Wcześniej wystąpił w „Szklanej Pułapce 5” u boku Bruce’a Willisa i w „Jacku Reacherze” u boku Toma Cruise’a. Przy trzecim podejściu jest tak samo mało przekonujący, a jego struganie twardziela zakrawa na amatorkę. Clarke to co innego. Umiejętnie zdjęła z siebie ubrania Daenerys Targaryen i zarzuciła łachy Sarah Connor. Trzeba przyznać, że bardzo jej w nich do twarzy. Szkoda tylko, że teksty, które przyszło jej wypowiadać są tak durne. Dialogi, owszem, nie musiały być najmocniejszą stroną produkcji, ale wypadałoby zachować jako taki poziom. Zamiast „jako taki” wyszedł „żaden”. Patos, grafomania, Paulo Coelho.

Na szczęście jakiś okazał się John Connor, czyli Jason Clarke znany chociażby z „Wroga numer jeden” i „Gangstera”. Wykreowany przez niego czarny charakter to kawał dobrej rzemieślniczej roboty. Na brak suspensu nie miał wpływu. Na osadzenie go w niejasnej, nepotycznej sytuacji również.

W nowym „Terminatorze” przecinają się czasoprzestrzenie, powielają wymiary, czas się zapętla, syn jest starszy od własnej matki, chłopak romansuje z własną dziewczyną , główny bohater pamięta zdarzenia, w których nie uczestniczył. Konia z rzędem temu, kto się w tym wszystkim połapie. Ciężko też zrozumieć, po co w tym całym pogo pojawił się niejaki O’Brien (swoją drogą nieźle zagrany przez J.K. Simmonsa). Jego postać nie wnosi absolutnie nic do fabuły i jedynie trwoni czas.

A o co w ogóle chodzi w filmie? Oczywiście o ratowanie świata przed zagładą. Ma się do niej przyczynić pewien system operacyjny z przyszłości, który ewoluował z aplikacji na urządzenia mobilne z przeszłości. Jak najlepiej powstrzymać program komputerowy? Oczywiście wysadzić go w powietrze. Niedorzeczność? Jasne, że tak. Takich absurdów jest w „Genisys” na pęczki. To głównie one, a nie skecze w wykonaniu Arnolda, wywołują śmiech na sali.

Po seansie pozostały żal oraz poczucie wielkiego zażenowania. Zero szacunku dla historii kina akcji i kultowego twardziela. Film ciągnął aktorski duet Clarke’ów, efekty specjalne nie przykryły niedociągnięć fabularnych, Titanic poszedł na dno. Mimo to możemy spodziewać się kolejnej części (wiemy, bo zostaliśmy po napisach). I to jest chyba w tym wszystkim najgorsze.

Komentarze

Arnie jako pocieszny miś
Emilia Clarke jako jedyny element filmu, który zachował klasę
Zagmatwana fabuła
Kompletny brak szacunku dla kultowej serii

Podsumowanie: Twórcy filmu poszli niestety w stronę dowcipkowania i zamiast Terminatora przez wielkie T, dostaliśmy jego karykaturę. Arnie został zepchnięty na drugi plan a jego rola ograniczona do mało zabawnych gagów. To niestety kolejny dowód na to, że Arnold nie jest już bad assem. Jest pociesznym misiem.

3


Ocena użytkowników: 2.7 (25 głosów)

Tagi: , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑